Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sri Lanka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sri Lanka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 października 2014

W cieniu tsunami

Ponieważ chcemy już kończyć naszą przygodę ze Sri Lanką i ruszać dalej postanowiliśmy przemieścić się bliżej lotniska. Trafiło na Kosgodę, gdzie Emilka znalazła hotel z basenem. W oceanie fajnie skacze się przez fale, jednak nie chcieliśmy, żeby dziewczynki zapomniały jak się pływa w rękawkach. W okolicy Kosgody jest też miejsce, gdzie ratują żółwie i można z bliska zobaczyć małe żółwiki. Radosny pisk dzieci zadecydował.

Na miejscu okazało się, że basen ma swoje uzasadnienie, bowiem plaża jest tu zbyt kamienista, żeby bezpiecznie wejść do oceanu. Nie jest to wielkim problemem, bo dziewczynki  i tak nie dają się wyciągnąć z basenu. Pływać na szczęście nie zapomniały. W hotelu powiedzieli nam, że żółwi szpital jest tuż obok, można dojść na piechotę wzdłuż plaży. Trochę się to nam wydało podejrzane, bo z mapy wynikało jednak  coś innego, a czytaliśmy, że poza tym oficjalnym powstało też wiele imitacji, ale poszliśmy. Na miejscu nasze wątpliwości okazały się słuszne, ale trudno nam powiedzieć jak bardzo to miejsce różni się od polecanego w przewodnikach. Mam trochę wątpliwości na ile to jest ochrona środowiska, a na ile biznes, faktem jest jednak, że zobaczyliśmy malutkie żółwie i kilka schorowanych dużych, które nie mogą być wypuszczone na wolność, a pan przewodnik opowiedział nam dużo ciekawych żółwich historii. Chcę wierzyć, że jednak pomagają. Dla dzieci na pewno jest to duża atrakcja, a i dla mnie pewnym przeżyciem było trzymanie w ręku 3 dniowego żółwia, który wieczorem miał być wypuszczony na wolność. Informacja, że przeżyje tylko 20% tych maluchów trochę martwiła, ale w końcu ryby też muszą coś zjeść.

Trzydniowe żółwie można już brać na ręce.


Dziś wieczorem wypłyną na szerokie wody.

Emi z żółwiem równolatkiem.

 Żółw-inwalida. Nie poradziłby sobie na wolności.

Żółwie są fajne. Mina mówi sama za siebie.

Następnego dnia wybraliśmy się wynajętą na cały dzień taksówką do Galle - miasta opisywanego w przewodniku jako jedynego naprawdę wartego zobaczenia na całej Sri Lance. Po drodze nasz taksówkarz opowiadał nam o zniszczeniach dokonanych 10 lat temu przez Tsunami pokazując pozostałe tu i ówdzie ruiny. Okazało się, że mieszkał na zniszczonych terenach i jego dom też został zniszczony w tej tragedii. W pewnym momencie, widząc nasze zainteresowanie, skręcił z drogi i zatrzymał się przed bardzo niepozornym budynkiem mówiąc, że znajduje się tam muzeum fotografii dokumentujących tsunami.

Było to najdziwniejsze muzeum w jakim kiedykolwiek byłem. Dwa małe, zniszczone domki, a w nich dwie izby, na ścianach których wisiały spłowiałe fotografie i wycinki z gazet. Do tego trochę dziecięcych rysunków i spisanych na kartkach historii świadków i różnych informacji. Dokumentacja tragedii dokonana w prostoduszny, trochę infantylny sposób oddziaływała zaskakująco mocno. To niepozorne muzeum wyzwala niespodziewanie wiele emocji i pozwala odczuć ogrom dramatu, klęski i zniszczeń. Dużo dłużej niż planowaliśmy chodziliśmy od zdjęcia do zdjęcia i słuchaliśmy opowieści opiekunki tego miejsca, naocznego świadka wydarzeń. Tylko w tym miejscu 40 tysięcy osób zginęło od uderzenia wysokiej na 10 metrów fali. Najgorsze, że największej tragedii można było w dużej mierze uniknąć. Zawinił brak informacji, niewiedza i pewien brak wyobraźni pomieszany z ludzką ciekawością. Po pierwszej, niegroźnej fali morze cofnęło się na półtora kilometra odsłaniając ogromną połać swojego dna. Zaintrygowani ludzie, pierwszy raz widząc takie zjawisko zbiegli się tłumnie. Rybacy rzucili się, żeby łapać trzepoczące się na piasku ryby. Robiono zdjęcia, przyglądano się niedostępnym do tej pory widokom. Ludzie cieszyli się, robili zdjęcia. Pewnie przeczuwali, że woda powróci, ale nie spodziewali się wielkiej, mknącej z dużą szybkością fali. Kiedy zobaczyli na horyzoncie spiętrzone zwały wody, większość stała jak zahipnotyzowana. Nawet ci, którzy zaczęli uciekać biegiem jak najdalej od brzegu w większości nie zdążyli umknąć żywiołowi. Pędzące masy wody wdarły się z dużą prędkością na 2 kilometry w głąb lądu. Skala zniszczeń była straszna. Z półtora tysiąca osób, które schroniły się w pociągu i patrzyły z dachu na rozwój wypadków nie przeżył nikt. Wagony leżały rozsypane jak zabawki, tory były fantazyjnie powyginane. Historie które słyszało się w telewizji i o których czytało się w gazetach brzmią w takim miejscu zupełnie inaczej, a obrazy z wypłowiałych fotografii mocniej przemawiają do wyobraźni. Wyszliśmy z tego miejsca przytłoczeni, poruszeni i na pewno długo nie zapomnimy tego doświadczenia. Zniszczenia są już praktycznie niewidoczne. Drzewa odrosły, odbudowane budynki wyglądają na starsze niż 10 lat (bylejakość zabudowy też miała wpływ na ogrom zniszczeń, w takim klimacie nikt nie musi troszczyć się o trwałość i solidność domów), o tragedii przypomina tylko wielki posąg Buddy postawiony ku pamięci w miejscu największych zniszczeń. Widząc go zadumałem się nad dziwnym zwyczajem stawania pomników bóstw w miejscach takich tragedii.

Samo Galle było pewnym rozczarowaniem, chociaż stary fort jest dość urokliwy. Na osłodę znaleźliśmy tam kawiarnię z lodami tak dobrymi, że nie pamiętamy smaczniejszych (a mamy tu duże doświadczenie).

Jutro już opuszczamy Sri Lankę. Lecimy, wbrew poprzednim planom, od razu do Singapuru. Mieliśmy lecieć do Tajlandii, a stamtąd wyskoczyć do Birmy, jednak wszystkie loty do Bangkoku są w środku nocy. Męczący lot do Dubaju jest na tyle świeży w naszej pamięci, że kupiliśmy bilety na wygodne połączenie z Singapurem. Dzięki temu mamy też nadzieję szybciej dotrzeć do Australii, naszego największego "kamienia milowego" tej wyprawy, wychodząc z założenia, że do Tajlandii zawsze możemy łatwo polecieć, a dotrzeć na antypody jest jednak trudniej. Obecny plan (do następnej zmiany) jest zatem taki: Singapur, Malezja, Indonezja, Australia, Nowa Zelandia i Stany. Z cichą nadzieją, na jakiś egzotyczny rodzynek po drodze, jeśli fundusze pozwolą.

czwartek, 9 października 2014

Polowanie na wieloryby

Dotarliśmy do Mirissy skuszeni pokazywaną w folderach rajską plażą i rejsami, podczas których rzekomo miały dookoła nas pląsać całe stada delfinów, a wieloryby miały nam jeść z ręki i na komendę wypuszczać fontanny wody. Plaża faktycznie okazała się być urocza. Drobny piaseczek, szmaragdowa woda, wszędobylskie palmy i rząd plażowych knajpek, w których je się samodzielnie wybrane, dopiero co złowione owoce morza siedząc ze stopami zanurzonymi w piasku, o krok od linii wody. Bosko!

Skoro pierwsza część sloganowych obietnic okazała się być prawdą uznaliśmy, że w tej drugiej części też coś być musi i czym prędzej pognaliśmy zaklepać sobie miejsce na łodzi. Z łodziami problemu nie ma, bo firm organizujących safari jest w Mirissie całe mnóstwo. Wszystkie oferują podobny standard i tym dziwniejsze wydają się być ogromne rozbieżności cenowe, szczególnie w przypadku biletów sprzedawanych na stoiskach tuż obok siebie. Czytaliśmy wcześniej na blogach podróżniczych ile mniej więcej powinien kosztować taki rejs, więc jak najwytrawniejsi kupcy negocjowaliśmy warunki i zamiast początkowych 6000 rupii za osobę zapłaciliśmy 6000 rupii za całą czwórkę.:) Rejs miał zacząć się o 7 rano i potrwać maksymalnie do 11. Przekalkulowaliśmy sobie, że te cztery godziny unieruchomienia na łodzi dziewczynki jakoś przetrwają, a wynagrodzimy im to po południu szaleństwem na plaży.

Godzinę zabrania nas spod hotelu ustalono na 6.30-6.45. Koszmar! Nasze dzieci nigdy dobrowolnie nie wstały o 6 rano. Niemniej jakimś cudem udało nam się poderwać je z łóżek (a ich płacz poderwał zapewne z łóżek wszystkich pozostałych hotelowych gości) i punktualnie o 6.30 ustawiliśmy się karnie na hotelowym chodniku. Siąpił deszczyk. Do 6.45 czekałam w miarę spokojnie. Do tego Marcin cały czas tłumaczył, że to lokalna 6.30, czyli pół godziny w tę czy we w tę nikomu nie robi różnicy i mam nie panikować, ale wiedziona jakimś dziwnym instynktem poszłam do hotelowej recepcji pytać czy wiedzą jaka jest praktyka i czy często godzina zbiórki się opóźnia. Co się okazało? "Nasz" kierowca przyjechał przed 6.30, zabrał grupkę Koreańczyków, a my zostaliśmy na lodzie. Jak totalne pierdoły nie spisaliśmy sobie nawet nazwy firmy, z którą mieliśmy płynąć, a na "bilecie" (czyli kartce wyrwanej z notatnika) nie było żadnych namiarów na organizatora. Wiedzieliśmy oczywiście gdzie kupiliśmy bilet, ale na co się to zdawało przed 7 rano? Sytuacja wyglądała na beznadziejną, ale obsługą hotelu pokazała klasę (pozdrawiamy Panów z Riverside Cabanas:)). W ciągu kilku minut telefonicznie odnalazła firmę, z którą mieliśmy płynąć i zorganizowała nam tuk-tuka do portu. Jeszcze nigdy nie jechaliśmy tak szybko tuk-tukiem!:) Na łódź wpadliśmy ostatni, tuż przed wypłynięciem z portu. Dalej miało być już tylko przyjemnie...

Wypłynęliśmy sobie zatem spokojnie (nie licząc wściekłego wrzasku Laureńki, która za nic w świecie nie chciała założyć kamizelki ratunkowej), ale od razu po wyjściu z zatoczki ocean pokazał nam kto tu rządzi. Bujało. Mocno! Przed nami siedziała grupka Koreańczyków, którzy przy każdym większym podskoku łodzi na falach wydawali radosne piski. Tylko im więcej było tych podskoków, tym piski były cichsze. A potem się zaczęło...

Jeden po drugim nasi łódkowi "sąsiedzi" oddawali Neptunowi w darze swoje dzisiejsze śniadania. A potem wczorajsze kolacje. A po kilku godzinach już chyba posiłki zjedzone jeszcze przed przylotem na Sri Lankę. W życiu czegoś takiego nie widziałam. Zdarzyło nam się kiedyś w RPA wypływać w sztormie na nurkowanie i wtedy też większość załogi poległa i w spazmach wisiała za burtą, ale czegoś takiego jak na tej łodzi nie wyobrażałam sobie w najgorszym koszmarze. Na łódce było około 40 osób. Bez sensacji żołądkowych przetrwało jakieś 7-8 (w tym o dziwo ja, Kalinka i Marcin do samego końca, a Laura poddała się dopiero na skutek spektakularnych efektów dźwiękowych pochodzących od siedzącej przed nią Koreanki. A rejs trwał w najlepsze...

Płynęliśmy i płynęliśmy. I ciągle oddalaliśmy się od portu. Dookoła nas pływały olbrzymie statki-kontenerowce i małe kutry rybackie. Tylko tych obiecanych delfinów i wielorybów nie było. Zobaczyliśmy za to niesamowity połów olbrzymiego marlina. Zobaczcie:



Minęło południe. Teoretycznie od godziny powinniśmy byli być na brzegu. Byliśmy na oceanie. Z żadnej strony nawet nie majaczył zarys lądu. A my płynęliśmy dalej. Pokład wyglądał jak szpital. Część ludzi leżała bez sił, umęczona wielogodzinnymi torsjami. Część wymiotowała dalej. Plastikowych torebek ubywało w zastraszającym tempie, a my płynęliśmy. W międzyczasie kilkakrotnie zmoczyła nas ulewa i wielkie fale. Potem wysychaliśmy na słońcu i wietrze. I płynęliśmy dalej. Laura spała. Kalinka coraz bardziej zrezygnowanym głosikiem dopytywała gdzie te delfinki. A łódź płynęła dalej...

Około 13 kapitan zapytał czy chcemy wracać, ale pod warunkiem, że nie będziemy zgłaszać żadnych zastrzeżeń, że nic nie widzieliśmy. Wszyscy chcieli na ląd. I może by się udało wrócić, ale niestety wtedy właśnie spotkaliśmy wieloryby! Entuzjazm kapitana: bezcenny. Będzie się mógł pochwalić, że zawsze znajduje wieloryby. Szkoda, że poza nim wielorybami cieszyło się ledwie kilka osób, bo reszta konała umęczona chorobą morską. Po dość długiej obserwacji wielorybów zapytałam, czy możemy już wracać na ląd, bo wszyscy mają dość oceanu. Usłyszałam, że "jeszcze tylko raz spojrzymy na wieloryba". Po dwudziestym "spojrzeniu na wieloryba" pewien Amerykanin ponowił moją prośbę o powrót na ląd. Usłyszał wyjaśnienie, że musimy poczekać, aż przepłynie jakaś łódka. Ponieważ akurat przepływał kontenerowiec myśleliśmy, że to jego mamy przepuścić. Minęło kolejne pół godziny bujania się na falach. Kontenerowiec już dawno odpłynął. Siedząca za mną Angielka dostała kolejnego ataku torsji i wtedy nie wytrzymałam. Odszukałam kapitana statku i poszłam kolejny raz poprosić o powrót do portu. Usłyszałam, że czekamy na jakąś inną łódź, która wiezie turystów chcących zobaczyć wieloryby, a my jesteśmy ich drogowskazem. Tej łodzi nie było jeszcze nawet widać na horyzoncie. Poniosło mnie... Umiejętność robienia awantur doprowadzę na Sri Lance do perfekcji.:) Niemniej znowu okazałam się skuteczna!:) Zaczęliśmy powrót. Jeszcze tylko dodatkowe dwie godziny bujania i dotarliśmy do portu. Kilka osób trzeba było znosić z pokładu. Ale wieloryby były? Były! To najważniejsze...

poniedziałek, 6 października 2014

Arugam Bay

Nasz pobyt w Arugam Bay zaczął się od małego zgrzytu. Po odnalezieniu miejsca i pokazaniu rezerwacji zostaliśmy zaprowadzeni do imponującej willi, po czym pan, jak się potem okazało właściciel, wczytał się dokładniej w potwierdzenie i... zamknął nam drzwi przed nosem mówiąc, że nastąpiła pomyłka, a cena za którą wynajęliśmy domek jest trzykrotnie niższa od właściwej. Sytuacja wyglądała niewesoło, na szczęście Emilka wykorzystała swoje doświadczenia z masażu i po burzliwej kłótni udało nam się jednak wyegzekwować nasze prawa i ostatecznie załagodzić spór. W rezultacie zamieszkaliśmy w pięknym apartamencie, który faktycznie wart jest większych pieniędzy.

Jak już opadły negatywne emocje zobaczyliśmy, że trafiliśmy od raju. Ośrodek jest urządzony z dużym smakiem i bardzo zadbany. Prawdziwa enklawa porządku i piękna pośród dominującej bylejakości. Poza dwupokojowymi willami są tu jeszcze urocze domki kryte liśćmi z wygodnymi leżakami na werandach. Wszędzie zadbana zieleń, wypielęgnowane ścieżki i masa uroczych detali tworzących niepowtarzalny klimat. Wieczorem sączy się spokojna muzyka, świecą delikatne światła, a wygodne poduszki i dywany zachęcają do relaksu przy świeżej wodzie z kokosa. Prawdziwy raj, docenilibyśmy go jednak bardziej bez naszych aniołków :).


Tak mieszkał sąsiad...Nasz apartament nie był tak fotogeniczny.

Recepcja i miejsce wieczornego relaksu.

Miejsce sprzyjało medytacji.

Czujemy się trochę nieswojo, bo jesteśmy jedyną rodziną w całej wiosce, zdominowanej przez młodych surferów. Miejsce piękne, ale nie dla nas. Ładna, piaszczysta plaża, jednak duże fale nie pozwalają na kąpiel z dziećmi.



Wyruszamy więc jutro dalej, szukając bardziej przyjaznych dla nas miejsc. Jedziemy taksówką do Mirissy, gdzie ocean ma być spokojniejszy, a my bliżej pociągu powrotnego do Colombo. Myślimy już bowiem o opuszczeniu wyspy i przedostaniu się dalej. Gdzie dokładnie, będziemy decydować w najbliższych dniach.

Para buch, koła w ruch

Na zdjęciach była urocza parowa lokomotywa, jednak podczepili nam smrodliwą spalinówkę. Szkoda.
Znalezienie zarezerwowanych miejsc nas przerosło. Z obłędem w oczach, na wyścigi, wpakowaliśmy się z całym majdanem do wagonu drugiej klasy i zobaczyliśmy, że ktoś nas podsiadł. Jednak wnikliwsza obserwacja wykazała, że miejsca o naszych numerach znajdują się w większości wagonów drugiej klasy. Zdezorientowani pokazaliśmy nasze bilety, a miły pan wyjaśnił nam, że musimy iść do innego wagonu, na końcu składu. Nie do końca rozumiejąc o co chodzi przeszliśmy przez pociąg, żeby znaleźć zamknięte drzwi. W końcu zrezygnowani siedliśmy na przypadkowych pustych miejscach, których było całkiem sporo. Później zrozumieliśmy, że są dwa rodzaje wagonów drugiej klasy: z rezerwacją i bez. Ponieważ w tym bez rezerwacji nie było tłoku, okazał się lepszym wyborem i później nie przepłacaliśmy już za rezerwację.

Pociąg jedzie wolno. Bardzo wolno. Dzięki temu jest dużo czasu na oglądanie widoków. Warunki też są wygodne, bo okna szeroko się otwierają, szeroko też otwarte są wszystkie drzwi. Czasem korciło, żeby wysiąść na chwilę i iść wzdłuż pociągu. Podróżuje się wygodnie, ale trzeba uzbroić się w cierpliwość. Miłym akcentem jest stukot kół o tory, który kojarzy mi się z podróżami koleją w dzieciństwie.

Widoki za oknem wydały mi się lekko przereklamowane. Miejscami było faktycznie ładnie, ale też na długich odcinkach nie było niczego do oglądania. Niepotrzebnie nastawiałem się na nie wiadomo co, nie byłoby rozczarowania.





O mały włos, a przejechalibyśmy naszą stację. Pociąg o dziwo dojechał do niej 30 minut przed podaną nam przez konduktora godziną. Ledwie udało nam się wyskoczyć.

1000 m n.p.m. i górzysty krajobraz sprawiły, że wyjęliśmy polary trzymane do tej pory w plecakach "na wszelki wypadek". Miły odpoczynek od ciągłych upałów. Niestety pensjonat w którym mieszkaliśmy nie zachwycił, oględnie mówiąc. Rozpieściła nas poprzednia kwatera. Dobrze, że to tylko jedna noc.

Odbyliśmy tradycyjną objazdówkę po lokalnych wodospadach i fabryce herbaty. Ładne widoki i bardzo kręte drogi.


Plac zabaw przed fabryką herbaty. Przypomniały mi się place mojego dzieciństwa. Miejscowe dzieci bawiły się jednak świetnie, chyba cała klasa weszła na tę huśtawkę.


Chyba niepotrzebnie wysiadaliśmy tu z pociągu. Następnego dnia wsiedliśmy z powrotem i udaliśmy się do Elli. Podróż była równie długa, chociaż odcinek dużo krótszy. 85 km jechaliśmy przeszło 3 godziny. W dodatku była mgła i padało, więc nawet jeżeli widoki były ładne, nie zobaczyliśmy niczego.

Ella okazała się być uroczym miejscem. Centrum miasteczka to w zasadzie jedna dość krótka ulica z masą dobrych restauracji. Jak do tej pory zdecydowanie najlepsze jedzenie na wyspie, a mamy już za sobą koszmarnie drogą kolację w wiktoriańskim Grand Hotelu. W okolicy jest dużo atrakcji, większość dostępna niestety dla bardziej mobilnych turystów. Nie zdecydowaliśmy się na trekking po górach z dziećmi i znów oglądaliśmy wodospady i ładne widoki. Miły pobyt zakłócony trochę przygodą Emilki. Dobrą stroną przygody było zaprzyjaźnienie się z goszczącą nas bardzo sympatyczną rodziną i okazja do rozmowy o życiu na Sri Lance. A zaczęło się od zabawnego akcentu, zobaczyłem bowiem jak siostra gospodarza czyta przewodnik po Dubaju. Okazało się, że jakiś gość go zostawił, a ona sobie przegląda, ale był dobry wstęp do rozmowy. Zabawne, że pytała głównie jaka jest przyroda w Dubaju i musiałem ją rozczarować. Patrząc z ich tarasu na zieloną dżunglę rozpościerającą się tuż za domem zastanawiałem się nad kontrastem z betonową pustynią Dubaju. Ciekawe jak ta dziewczyna odnalazłaby się w tamtym świecie. Chyba odrzuciłby ją, mimo całego przepychu i bogactwa i brakowałoby jej dzikiej przyrody za oknem. Tak przynajmniej chcę myśleć.


Wodospady są główną atrakcją. 


Podążamy religioznawczym szlakiem. Laureńka z przejęciem prosiła o zdjęcie z "każdym Buddą".



Mając dość kapryśnej górskiej pogody i tęskniąc za słońcem i plażą ruszyliśmy wynajętą taksówką w stronę mekki surferów: Arugam Bay. Kierowca okazał się prawdziwym Sokolim Okiem i zgodnie z obietnicą pokazywał nam różne wypatrywane po drodze zwierzęta. Były więc małpy, wielkie jaszczury biegające po jezdni, bawoły, słonie i pawie, a raz przez szosę dostojnie przepełzł ogromny wąż. Na szczęście tylko raz, bo poczułem się nieswojo.




Im bliżej oceanu byliśmy, tym bardziej niebo się wypogadzało, temperatura rosła, a droga stawała się mniej kręta. W końcu zobaczyliśmy spienioną wodę i plażę...

czwartek, 2 października 2014

Masaż z dreszczykiem

Miało być o pięknie krajobrazu. O wspaniałych widokach, plantacjach herbaty, wodospadach i o relaksie. Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze.:)

Dotarliśmy wczoraj pociągiem do Ella, uroczej miejscowości zagubionej między wzgórzami porośniętymi herbatą. Dzisiaj z samego rana zapakowaliśmy się we czwórkę do tuk-tuka i rozpoczęliśmy eksplorację okolicy. Fotorelację z tej przejażdżki zamieścimy następnym razem, bo dzisiejszy wieczór został zdominowany przez masaż. A zaczęło się tak niewinnie...

Kierowca tuk-tuka powiedział nam, że niedaleko miejsca, w którym mieszkamy (a o którym też napiszemy, bo pierwszy raz mieliśmy możliwość zamieszkania w prywatnym domu lankijskiej rodziny, a nie w hotelu, czy pensjonacie) jest fantastyczny ośrodek z masażem ajurwedyjskim. Nie mogłam nie skorzystać z takiej okazji. Najlepszy z mężów wyraził gotowość zaopiekowania się potomstwem w czasie kiedy ja będę się relaksować, a na dodatek hojnie wydzielił fundusz na przyjemności cielesne. Porzuciłam ich zatem w naszym wakacyjnym domu, a sama rączym kłusem pognałam na masaż.

Recepcja ośrodka wyglądała bardzo stylowo i elegancko, więc bez większych obaw zapłaciłam za usługę z góry. Do tego momentu było jeszcze idealnie. Potem okazało się, że pokoje masażu są na innym piętrze. Ok, to jeszcze o niczym złym nie świadczy. Spokojnie poszłam za panią masażystką. Ponieważ byłam po całym dniu biegania na bosaka po buddyjskich świątyniach chciałam się trochę odświeżyć przed masażem. Łazienka była, słaba bo słaba, ale była. Tylko wody w niej nie było. Powinien mi się wtedy włączyć jakiś sygnał ostrzegawczy, ale najwyraźniej jestem pozbawiona instynktu samozachowawczego. Jak to brudne cielątko poszłam dalej potulnie za masażystką. Szatni z szafkami nie uświadczyłam, rozebrałam się zatem w pokoju, w którym miał odbyć się masaż i tam też porzuciłam przyodziewek.

Okazało się, że pierwszym punktem wielostopniowej ajurwedyjskiej przyjemności jest wizyta w czymś co przypomina skrzyżowanie groty inhalacyjnej z sauną. Było toto całe z drewna, było w tym gorąco, ale od normalnej sauny różniło się tym, że cała podłoga była wysypana różnego rodzaju nasionami, orzechami, pestkami, roślinami. Wszystko to po podgrzaniu wydzielało bardzo intensywny zapach, ale jeszcze bardziej intensywny i drapiący w oczy dym. Wytrzymałam jakieś trzy minuty z zaplanowanego kwadransa i z załzawionymi oczami poszłam na masaż. O samym masażu w sumie nie ma co pisać, poza krótką charakterystyką romantycznej scenerii. Sala z łóżkiem do masażu i dziwną, drewnianą trumną z wycięciem na głowę oświetlona rzędem jarzeniówek. Idealny klimat relaksu... Ale nie było tak źle. Pani masażystka zadbała o odpowiedni nastrój i wyłączyła jarzeniówki, oświetlając pokój masażu światłem jarzeniówki z półotwartego, pomalowanego zieloną olejną farbą, kibelka. Po co świeczki, kadzidełka i inne takie pierdoły, prawda?

A potem nastąpił punkt kulminacyjny przyjemności. Masażystka otworzyła tę trumnę, a ja wiedziona jakąś straceńczą odwagą pozwoliłam się w niej umieścić. Wieko się zamknęło, wystawała mi tylko głowa, a masażystka na chwilę zniknęła mi z oczu. Po chwili poczułam jednocześnie ciepło i intensywny smród gazu. Otóż pod trumienką był palnik, który podgrzewał wodę, która to woda parując we wnętrzu trumienki miała podobno zapewnić mi relaks. Zapewniła mi jakieś piętnaście zawałów przy każdym mocniejszym gazowym smrodku. Już widziałam te nagłówki gazetowe: "wybuch gazu zabił turystkę z Polski". A masażystka kojącym głosem tłumaczyła mi łamaną angielszczyzną: "it's safe because I'm here Madam".

Kiedy ta "przyjemność" wreszcie się skończyła błyskawicznie wrzuciłam na siebie ciuchy i wybiegłam z tego przybytku jak najprędzej. Złapałam tuk-tuka i z ulgą pojechałam do domu. Dojechałam, chcę zapłacić kierowcy, sięgam do kieszeni, do której wychodząc na masaż wrzuciłam lokalne pieniądze (na szczęście plecak z portfelem został razem z rodzinką w domu) a tu niespodzianka: kieszeń pusta. Podczas, gdy ja "relaksowałam" się w saunie ktoś niecnie buchnął moje pieniądze. Niewiele myśląc poprosiłam kierowcę tuk-tuka, żeby wrócił ze mną do tego ośrodka. Wpadłam tam jak rozjuszona furia i zrobiłam potworną awanturę. Manager nawet nie próbował niczego wyjaśniać, tylko zapytał mnie jaka kwota zniknęła, wyjął z szuflady tyle ile powiedziałam i zażądał żebym była cicho, bo inni goście oczekujący w recepcji się dowiedzą. Nie zamierzałam zostawić tego w ten sposób, więc nie omieszkałam poinformować wszystkich kogo tylko się dało o mojej przygodzie. Po wszystkim wróciłam do domu  z nadzieją, że dalej wieczór będzie już spokojny.

Nic z tego. Kiedy nasi lankijscy gospodarze dowiedzieli się o całej sprawie postanowili rozwiązać problem po swojemu. Najpierw zaciągnęli mnie do policji turystycznej, w międzyczasie opowieści o tym co się stało wysłuchali chyba wszyscy mieszkańcy, a potem wylądowaliśmy na prawdziwym posterunku policji. Moje próby zbagatelizowania całego zajścia nic nie dały. Kolejni miejscowi wprowadzeni w historię pałali żądzą przywrócenia dobrego imienia ich miejscowości i dokonania linczu na właścicielach ośrodka. Swoją drogą zwiedzenie lokalnego posterunku to też niezła przygoda. Nasza praska komenda, do której kiedyś trafiłam, wygląda przy nim jak hotel Kempinsky. Do tego wszędzie były niesamowite ilości ciem. W życiu nie widziałam takiego nagromadzenia tych owadów w jednym miejscu. Obsiadały wszystko i wszystkich. Dziwnie rozmawia się z policjantem, któremu na nosie siedzi ćma...

I teraz główny punkt programu: lokalna społeczność oczekiwała złożenia przeze mnie powiadomienia o kradzieży. Policjanci poinformowali mnie, że jeśli złożę takie powiadomienie, właściciele ośrodka i pracownicy, którzy byli w nim podczas mojego pobytu, zostaną zaaresztowani do czasu wyjaśnienia sprawy.

A wszystko dotyczyło mniej niż pięćdziesięciu złotych...

poniedziałek, 29 września 2014

Stoi na stacji lokomotywa

Mija piąty dzień naszego pobytu na wyspie. Jutro rozstajemy się z Kandy i jedziemy pociągiem do Nuwara Eliya nastawiając się na spektakularne widoki. Niestety, miejsca mamy w drugiej klasie. Z lokalnych absurdów: miejsce w wagonie widokowym było tylko na pociąg o 2 rano, który dojedzie na miejsce jeszcze przed wschodem słońca (ciekawe, czy mają już swojego "Misia", od razu skojarzył mi się taras widokowy we Wrocławiu...). Być może chodzi o obserwację gwiazd. Ponieważ chcemy zobaczyć coś więcej, jedziemy obleganym pociągiem o 11.10 wagonem drugiej klasy (pierwsza wykupiona). Pocieszamy się, że jest jeszcze klasa ekonomiczna...

Mam nadzieję, że jutro zmienię trochę zdanie o urodzie Sri Lanki, bo tereny zamieszkałe robią nienajlepsze wrażenie. Niby znam to wszystko z Indii, ale kontrast z Dubajem powiększa atmosferę totalnego chaosu. Może to wpływ obecności dzieci, może trochę się starzeję, ale po całym dniu z pewną ulgą wracam do naszego hotelu na wzgórzu nietoperzów (noc rozjaśniana błyskawicami, rzęsista ulewa i ledwie dychający tuk-tuk próbujący pokonać wzniesienie dodają powrotom specyficznego uroku).

Droga z Negombo do Kandy ciągnie się nieustannie wzdłuż zabudowań, nie widać zupełnie gdzie kończy się jedna wioska, a gdzie zaczyna następna. Piękno krajobrazu ginie za gęstą zabudową oblepiającą szosę. Drugie co do wielkości miasto Sri Lanki rozpoznać można po nieustannych korkach na drodze, kilku udających miejskie ulicach (posiadają wydzielone coś na kształt chodnika) i trochę solidniejszych budynkach. Gdyby nie ciągła ciasnota i komunikacyjny chaos dałoby się przyjemnie zwiedzić całe centrum na piechotę.

Na szczęście Kandy oferuje kilka możliwości wyrwania się z niego na chwilę. Skorzystaliśmy z oferty ogrodu botanicznego i byliśmy bardzo mile zaskoczeni. Świetnie utrzymany teren, dużo ciekawych roślin i biegające to i ówdzie (głównie w pobliżu śmietników) małpy, które wzbudziły zachwyt dziewczynek.




















Cały zapas bananów poszedł błyskawicznie. Inne małpy zazdrośnie patrzyły z drzew, jak samiec alfa pałaszuje.


Te drzewa zrobiły na mnie największe wrażenie.



W labiryncie...

A to już kwiaty dla Buddy w świątyni zęba.

Ludzie są przyjaźni i starają się być pomocni, czasem za bardzo. Nie są przesadnie namolni, ale czasem prowadzą konwersację w przedziwny sposób. Oczywiście rozpoczyna ją zawsze pytanie o narodowość, ale zaraz potem zdarzyło mi się pytanie "czyje to dzieci?". Za pierwszym razem długo nie mogłem zrozumieć o co człowiekowi chodzi. Nie wyglądał na opiekę społeczną, a dookoła nie było nikogo, kto mógłby się do naszych blondyneczek przyznać. Szybko uciąłem dalszą konwersację. Ale potem powtórzyło się to kilka razy. Dziwne... Inną zabawną rozmowę odbyłem przed podejrzaną ruderą, gdzie jak się okazało mieści się klub nocny do którego właściciel usilnie starał się mnie zaprosić kusząc dużym wyborem "ladies do towarzystwa" niezrażony tym, że za rękę trzymam Laurę, a z tyłu nadchodzi Emilka z Kalinką. Obiecywał dobre ceny i zapraszał wieczorem. Opowiedziałem Emilce o osobliwej ofercie klubu z panienkami, co po swojemu podsłuchała Kalinka, która oznajmiła za jakiś czas, że ona chce pojechać wieczorem z tatą do tego "klubu z pająkami", bo skojarzyło jej się z zabawą w Halloween.

Podróże z dziećmi - (mini)poradnik

Po prawie miesiącu podróży czuję się gotowy do udzielania pewnych rad. Pierwsza (i w pewnym sensie ostatnia) to taka, że poradniki nigdy nie oddają skali problemu. Wszystko zależy od dzieci i ich chwilowego (braku) humoru. Misternie ułożony plan porannego zwiedzania rozsypuje się, gdy ożywione wieczorem dzieci wykańczają na tyle, że rano budzimy się o 10.00. Zwiedzanie świątyni wypada akurat w porze drzemki pierwszej córki. A obiad w porze snu drugiej. Płaczliwe wołanie "kupa" i "siku" z obowiązkowym "nie wytrzymam" wypada zawsze w najmniej odpowiednim momencie. Należy się nastawić na pracę na dwóch etatach (24-godzinna niania i biuro podróży), czasu na relaks jest zaskakująco mało (i wypełniają go obowiązki bloggera :). Ale w końcu nie wyruszyliśmy, żeby się relaksować, a czas spędzany z dziećmi, zwłaszcza, kiedy akurat mają dobry humor, wynagradza trudy. Najbardziej cieszy kiedy widać ich radość z nowego: pierwsza podróż tuk-tukiem, egzotyczny owoc do spróbowania, małpy i słonie biegające na wolności, itp. Uświadomiliśmy sobie, że jutro czeka je pierwsza w życiu jazda pociągiem. Dobrze, że zaczną od Sri Lanki, a nie traumy PKP ;-).

sobota, 27 września 2014

W stronę Kandy

Poczuliśmy się dzisiaj jak bohaterowie powieści grozy. Ciemność, ulewny deszcz, pensjonat położony na wzgórzu, do którego nie da się dojechać i z którego nie da się uciec. I my. Sami. A właściwie w towarzystwie dziwnego pana, z którym nie było kontaktu. Ale od początku...

Opuściliśmy Negombo. Wynajęliśmy samochód z kierowcą (co jest tutaj dość tanie, a nie zaryzykowalibyśmy jazdy na własną rękę zważywszy na styl jazdy miejscowych królów szos) i udaliśmy się do Kandy. Odległość: 105 kilometrów. Bułka z masłem, prawda? Po drodze mieliśmy plan odwiedzenia sierocińca dla słoni w Pinnawala. W naszych idealistycznych wyobrażeniach mieliśmy spędzić w samochodzie łącznie jakieś dwie godziny. Spędziliśmy cały dzień...  

Już na starcie okazało się, że na Sri Lance odległości nie mierzy się kilometrami ale czasem potrzebnym na dotarcie. Kierowca zapytany ile jest kilometrów do Pinnawala odpowiedział nam: three hours. Trochę nas to zdziwiło, ale już kilka kilometrów później zrozumieliśmy. Droga jest wąska. Jednopasmówka bez jakiegokolwiek pobocza. A na niej olbrzymia liczba samochodów, tuk-tuków, rowerów, motorów plus od czasu do czasu krowy, słonie i kozy. No i piesi. Na początku miałam serce w gardle i uskuteczniałam modły do wszelkich możliwych bóstw, bo kierowcy twardo próbowali jechać na czołowe i dopiero w ostatnim momencie jakimś cudem uskakiwali w bok. Niby mamy już sporą praktykę w jeżdżeniu po Azji, ale zwykle podróżowaliśmy autobusami, a z perspektywy autobusu wygląda to zupełnie inaczej niż z małej osobówki. Poza tym podróżując z dziećmi stałam się panikarą.:)

W końcu jednak udało nam się do rzeczonego sierocińca słoni dojechać. Dziewczynki były zachwycone. Dotychczas widziały słonie tylko w warszawskim zoo, a sami wiecie, że stołeczne słoniowe gwiazdy stoją w sporej odległości i małe dziecko niewiele może zobaczyć. A tutaj miały okazję słonie karmić liśćmi i owocami, głaskać po trąbach, a nawet dawać butelki z mlekiem małym słoniątkom. Przy okazji same zostały nakarmione arbuzami i ananasami przez panów opiekujących się słonikami. Może skoro oni brali pieniądze za karmienie słoni, my powinniśmy byli brać pieniądze za karmienie dziewczynek?:)

Dzieciom się zatem podobało. Nam mniej. W przewodnikach Pinnawala jest przedstawiana jako prawie raj dla osieroconych i chorych słoni. Ale w tym raju trochę zgrzyta... Przede wszystkim wiele słoni ma łańcuchy. A panowie, którzy się nimi opiekują mają w rękach długie kije z ostrymi hakami do "dyscyplinowania" słoni. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie perfekcyjne miejsce dla słoniowych sierot. Zatem jednak "sierociniec", a nie "dom opieki"... Ale kąpiel słoni w rzece wygląda super. Przypomniała nam się Botswana i kąpiące się stada wolnych słoni. Zobaczcie zresztą:





Popatrzyliśmy na słonie i podążyliśmy dalej. Zostało nam już tylko dwadzieścia parę kilometrów. Jak się okazało bardzo długie dwadzieścia parę kilometrów... Już początek był niefortunny, bo nasz kierowca, który też miał dość i chciał szybciej dojechać, zapłacił mandat za złamanie wszelkich możliwych zakazów (w tym zakazu wyprzedzania na ciągłej linii). Po kolejnych dwóch godzinach dojechaliśmy do Kandy i tu koszmar się zaczął. Okazało się, że zarezerwowaliśmy sobie nocleg na wzgórzach. Po długim błądzeniu miejscowi taksówkarze wyjaśnili nam, że są dwa wzgórza o identycznej nazwie ulicy. Jedno z nich jest położone właściwie poza miastem. Zrobiło się ciemno. Zaczął lać deszcz. Zrobiło się bardzo ślisko. A my jechaliśmy drogą, której nikt przy zdrowych zmysłach nie zakwalifikowałby jako drogi dla samochodów. Ekstremalnie wąska, na zmianę bardzo ostre podjazdy i zjazdy, nawierzchnia błotnisto-żwirowa i nasz spocony ze strachu kierowca powtarzający co chwilę: o shit!, o shit! Plus hotel-widmo, do którego prowadziły zaprzeczające sobie nawzajem znaki. Gdyby nie to, że już za niego zapłaciliśmy pewnie byśmy uciekli, ale przecież nie będziemy wyrzucać pieniędzy w błoto!:)

W końcu dojechaliśmy. To znaczy zbliżyliśmy się na tyle, że dalszą część drogi dało się pokonać na piechotę. W ciemności, ulewnym deszczu, z plecakami i wózkami. Na szczęście dziewczynkom humory dopisywały! Okazało się, że to nie hotel, a mały, ekskluzywny pensjonat prowadzony przez Niemca i jego lankijską małżonkę. Poza nami nie było żadnych gości. Właściciel, po przywitaniu nas, wsiadł do samochodu i zniknął w ciemnościach. A my zostaliśmy w towarzystwie sprzątającego pensjonat lokalnego Quasimodo.

Ps. Jako, że post był pisany wczoraj, a nie udało nam się go w nocy opublikować dodaję małą aktualizację. W świetle dziennym zobaczyliśmy, że mieszkamy w najwyższym punkcie wzgórz, z obłędnym widokiem z tarasu.

Co prawda pada,ale za to jaka potem jest tęcza :)


Ale do cywilizacji daleko. Dzisiaj udało nam się stąd wydostać tuk-tukiem, ale wrócić nie było łatwo. Pierwszy tuk-tuk nie dał rady podjechać. Dopiero kolejny, rzężąc niemiłosiernie wspiął się pod górę. Usiedliśmy na tarasie i nagle otoczyło nas ogromne stado nietoperzy. Czyli jednak mieszkamy w zamku Draculi...

Zwiadowca. Potem pojawiła się cała chmara.



A po suficie w łazience hasa mały gekon