Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zjednoczone Emiraty Arabskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zjednoczone Emiraty Arabskie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 września 2014

Wspomnienie z Dubaju

Czekając na miejsce w hotelu, żeby trochę zorientować się w okolicy i uśpić Laurę, zabrałem ją na spacer. Oswajając się z oblepiającym upałem i chroniąc przed pierwszymi promieniami słońca obserwowałem budzące się do życia miasto. Wczesna pora to dobry moment, żeby zobaczyć tych, którym Dubaj zawdzięcza swoją obecną potęgę - indyjskich, nepalskich, pakistańskich i innych ubogich emigrantów jadących do pracy na starych zdezelowanych rowerach. Dopiero trochę później pojawiają się ubrani w garnitury ekspaci śpieszący do biur. Rdzennych mieszkańców (jak podaje przewodnik, stanowiących obecnie 5% populacji miasta), odzianych w gustowne białe galabije, jak później się zorientowaliśmy, najłatwiej odnaleźć w luksusowych częściach ogromnych galerii handlowych.
Dzień zaczął się od miłego akcentu, jakiś pan niosący naręcze kwiatów widząc Laurę urwał jeden i podarował jej z uśmiechem życząc miłego dnia. Kwiatek zachował się do końca pobytu, a Laureńka z rumieńcem  dumy wspominała "pana, który dał kwiatek". Potem Laura zasnęła, a co było dalej, już wiecie.

Upał, od którego lokalni mieszkańcy uciekają zamykając się w chłodzonych budynkach i samochodach sprawia, że można poczuć sie w Dubaju jak na obcej, skolonizowanej planecie, gdzie każde wyjście musi być limitowane z powodu niebezpiecznego promieniowania. Niewielkie normalnie odległości stają się niemożliwe do pokonania i przemieszczając się bez samochodu trzeba pilnować bliskości metra oraz robić przystanki bezpieczeństwa w sklepach i restauracjach. To powoduje, że miasto teoretycznie przygotowane na pieszych turystów z wózkami znacznie lepiej niż Stambuł, łatwo staje się pułapką i jest bardzo trudne do zwiedzania w ten sposób.

Klimatyzowane przystanki autobusowe. Sprytne.

Bezlitosna pogoda zmusza do spojrzenia na ten wielki wysiłek, jakim jest zbudowanie tak imponującego miasta na pustyni, z pewną zadumą. Jak dziwnie urządzony jest ten świat. Jakie nieracjonalne, z globalnego punktu widzenia, wymusza rozwiązania. O ileż lepiej byłoby wybudować to wszystko na terenach z bardziej umiarkowanym klimatem. Ile zaoszczędzono by na klimatyzacji... Na miejscu Dubaju lepiej sprawdziłoby się pole baterii słonecznych. Cóż, mieszkańcy Emiratów mają jednak tę ziemię i tu muszą urządzić się, najlepiej jak potrafią. Zbudowali więc miasto pełne przepychu, które najlepiej podziwiać z pokładu samolotu lub luksusowego jachtu.

Próbowaliśmy zwiedzać Dubaj lądem, na piechotę. Polegliśmy. Ograniczeni do metra, które jest nowoczesne, ale ciągnie się tylko jedną cienką linią wzdłuż całego miasta, trafialiśmy ciągle w te same miejsca. Wszystkie próby odejścia i odszukania wymienionych w przewodniku atrakcji kończyły się szybkim wyczerpaniem upałem i odległościami, które zdawały się rosnąć z każdym krokiem. Burj Kalifa i Dubai Mall, do których wygodnie dojeżdża się metrem, były dla nas oazą na pustyni. To miejsca powalające swoją skalą. Do tego stopnia ważą na mapie miasta, że zakrzywiają jego czasoprzestrzeń i sprawiają, że ciągle tam lądowaliśmy. Być może jakieś znaczenie miał też darmowy internet w galerii handlowej :). W każdym razie jest to Dubaj w pigułce. Wszystko jest tam naj.

Wsiedliśmy w końcu do łodzi, która miała dać nam możliwość zobaczenia wszystkich atrakcji z wody.

Niewiele widać? I my niewiele zobaczyliśmy. Dubaj chował się przed nami. Widoczność ograniczona jest ostrym słońcem, wilgocią i pyłem zawieszonym w powietrzu, coś takiego widzieliśmy też w Pekinie. Tam był to smog i pył z pustyni, tu też wiatr nawiewa piasek. Skąpi turyści nie zobaczą wiele. Słynna Palma Jumeirah ładnie wygląda na mapie lub z turystycznego samolotu, z perspektywy łodzi widać tylko zatłoczone osiedle zbudowane na wodzie.


Luksusowy Burj Al Arab tylko zdaje się płynąć do lądu. W rzeczywistości stoi na niedostępnej dla zwykłych śmiertelników wyspie, zamykając swoich mieszkańców w złotej klatce, z której uciec mogą jedynie luksusową limuzyną lub jachtem.


Dubaj Marina imponuje strzelistymi wieżowcami, ale też odstrasza gęstą zabudową martwego osiedla. Pięciogwiazdkowe hotele aż kapią od luksusu (Emilka z dziewczynkami prawie zgubiły się w łazience jednego), ale goście wychodzą z nich tylko do podstawianych pod drzwi samochodów. Ciągle zastanawialiśmy się kto tam mieszka. Bliskość mariny nie tłumaczyła popularności miejsca, bo jachtów było może kilkadziesiąt, a mieszkań wokoło tysiące. I wciąż powstają nowe bloki.


Dubaj to raj dla miłośników motoryzacji. Ja nim nie jestem, więc ten paragraf będzie krótki. Niemniej jednak nawet na mnie zrobiły wrażenie dwa sportowe Rolls-Royce zaparkowane koło siebie. Hałaśliwych Ferrari nie liczę. Można zobaczyć wszystkie luksusowe marki w najlepszych wersjach z najmocniejszymi silnikami. Reklama nowego garbusa skupia się na jego 210 koniach. Moc jest fetyszem, trzeba być najszybszym lub chociaż największym. Przy tym jeżdżą dość spokojnie, a warunki mają komfortowe, 6 pasów w każdą stronę to raczej norma niż wyjątek. Klimatyzowane, wyczyszczone do połysku samochody przemieszczają się między klimatyzowanymi budynkami. Chodniki są dla biednej siły roboczej i nielicznych turystów.

Dubaj do końca pozostał dla mnie majestatyczny i nieosiągalny. Skażona upałem betonowa pustynia z oazami ostentacyjnego luksusu. Dobre miejsce na krótką przesiadkę między lotami, jeżeli zdobędzie się miejsce w dobrym hotelu. Poza sezonem można upolować różne okazje. Dubaj podziwiać najlepiej z walizką pieniędzy w pięciogwiazdkowym hotelu i limuzyną dowożącą do kolejnych ekstrawaganckich atrakcji. My obeszliśmy się smakiem i lecimy dalej. Kierunek: Sri Lanka!



niedziela, 21 września 2014

Dubaj

Trzy dni zabierałam się do tego wpisu, bo jakoś nie mogłam się zdecydować, czy Dubaj mi się podoba czy zupełnie nie. Przylecieliśmy w czwartek o wpół do piątej rano. W skrytości ducha liczyłam na to, że o tej porze temperatura będzie jeszcze w miarę przyjazna, więc kiedy miła pani w samolocie oznajmiła, że są 34 stopnie pomyślałam sobie tylko: "o rany!". Chwilę później przekonałam się, że polskie przyjaźnie suche 34 stopnie i dubajskie wilgotne 34 stopnie to zupełnie inna bajka. Miałam poczucie, że weszłam do gorącego piekarnika. A z każdą chwilą było coraz gorzej...

Na szczęście na lotnisku klimatyzacja działała pełnią mocy. Później zresztą okazało się, że działa wszędzie z mocą znacznie przekraczającą nasze potrzeby. Podczas gdy na zewnątrz w ciągu dnia jest około 39 stopni w cieniu, we wnętrzach jest jakieś 18. Ciekawe ile jeszcze damy radę uciekać przed przeziębieniem. Ale wracając do lotniska: od początku zostaliśmy objęci opieką, która nieco nas zaskoczyła. Ciekawe jaki był w tym udział ryczącej wściekle Laureńki, nie mogącej nam wybaczyć, że przerwaliśmy jej sen. Od razu po tym, jak odebraliśmy bagaże, ubrany w tradycyjny biały strój pan poprosił, żebyśmy poszli za nim. Kiedy go zignorowaliśmy, walcząc z histerią Laury, użył tonu, którego już nie mogliśmy zlekceważyć, bo baliśmy się wylądować w lokalnym więzieniu. Poszliśmy więc grzecznie za nim. Co się okazało? Pan sprawnie przeprowadził nas przez całe lotnisko, omijając gigantyczną kolejkę do kontroli paszportowej. Co więcej, mocno zrugał pana w okienku tejże kontroli, kiedy oglądanie naszych paszportów zbytnio się przeciągało. A na koniec bardzo miło powitał nas po drugiej stronie okienka i zapewnił o tym, że jesteśmy bardzo mile widziani. Myślicie, że to wrzeszcząca Laura zapewniła nam taką vipowską obsługę?:)

Vipowska obsługa miała zresztą ciąg dalszy. Kiedy, o wpół do szóstej rano, dojechaliśmy do naszego hotelu, pokoju dla nas oczywiście jeszcze nie było i mieliśmy poczekać aż do czternastej na check-in. Niewiele myśląc zajęłyśmy z dziewczynkami kanapy w lobby, przykryłyśmy się wszystkim co miałyśmy (bo oczywiście klimatyzacja pracowała na full) i poszłyśmy spać. Tylko Marcin starał się zachować pozory i czytał gazetę w pozycji siedzącej. Kiedy tylko w hotelu pojawił się jego manager okazało się, że bezdomne śpiące w holu psują mu wygląd lobby i natychmiast dostaliśmy pokój. Jako, że o tej porze nie mieli wolnego żadnego z najtańszych, który wykupiliśmy, zrobili nam upgrade i w tej samej cenie dostaliśmy olbrzymi dwupokojowy apartament, z oddzielną kuchnią i dwiema łazienkami. Czy to też zasługa małej Laury?:) Swoją drogą niesamowite są tutejsze lokale do wynajęcia. Staramy się rezerwować apartamenty z kuchniami, a nie typowe hotele, bo zależy nam na możliwości przygotowywania dziewczynkom jedzenia. W innych krajach oglądane przez nas "apartamenty" mają średnio 20 metrów kwadratowych. Ten najtańszy i najmniejszy, który zarezerwowaliśmy w Dubaju miał być jednopokojowy i mieć 48 metrów kwadratowych, a ten który dostaliśmy po upgradzie ma prawie 90. Ot takie malutkie wakacyjne mieszkanko.:)

Mieszkamy sobie zatem komfortowo a na dachu  hotelu mamy basen, w którym dziewczynki z lubością się pławią. My zresztą też.



I płacimy za to sporo mniej niż za naszą stambulską wnękę na szafę. Dziwny kraj. Bo z drugiej strony wszystko inne jest koszmarnie drogie. Poza metrem i taksówkami. Benzynę mają tu praktycznie za darmo, więc transport jest bardzo przyjazny dla kieszeni. Samo miasto natomiast przyjazne nie jest. A przynajmniej nie jest przyjazne pieszym. Przed EXPO 2020 Dubaj jest praktycznie wielkim placem budowy. Gdziekolwiek się nie ruszymy, wszędzie droga się urywa, bo jest kolejny plac budowy. A jak nie plac budowy to autostrada. Jedno, czego zwiedzanie jest bardzo proste i do czego łatwo jest dotrzeć, to lokalne centra handlowe. Gigantyczne! Nasza Arkadia, która zawsze wydawała mi się nieogarnialnym molochem, okazuje się być całkiem mała. Zakupów wprawdzie nie robimy, bo Marcin bardzo pilnuje wagi naszych plecaków, ale niesamowite jest to, jakie atrakcje mieszczą się w tych centrach. Wczoraj w jednym oglądaliśmy świetne podwodne zoo i oceanarium. Tuż obok było wielkie lodowisko i centrum zabaw dla dzieci, w którym każde dziecko mogło przebrać za kogokolwiek kim chciałoby zostać i sprawdzić jak wymarzony zawód wygląda w praktyce. Dzisiaj z kolei oglądaliśmy mieszczący się w kolejnym centrum handlowym wyciąg narciarski, tor saneczkowy i lodowate jeziorko z prawdziwymi pingwinami. Niezła atrakcja zważywszy na temperaturę na zewnątrz!

Widzieliśmy już najwyższy budynek świata, czyli Burj Khalifa. Jest piękny, ale muszę przyznać, że większe wrażenie zrobił na mnie szanghajski "otwieracz". Bardzo ładne jest natomiast jego położenie, szczególnie wieczorem. Tuż obok jest ładnie oświetlona zatoka i park fontann. Laura była zachwycona brodząc po tych płytszych (nie wiemy czy to legalne ale nikogo w pobliżu nie było:))


Widzieliśmy też (szkoda, że tylko z zewnątrz) Burj Al Arab, czyli jedyny na świecie siedmiogwiazdkowy hotel. Architektoniczne cudo! Niestety kiepsko robi się tu zdjęcia. Albo paruje nam aparat, albo jest słabe światło. Chyba sobie pocztówki kupimy.:)

Zostały nam jeszcze trzy dni na zwiedzanie Dubaju. Może mi się coś zmieni ale na razie nie jest to miejsce, do którego chciałabym wrócić...