Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Turcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Turcja. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 września 2014

Tureckie jedzenie

Na specjalne zamówienie Agaty napiszemy jeszcze kilka słów o tym, co smacznego zjedliśmy w Turcji. Okazja jest dobra, bo właśnie, czekając na autobus na lotnisko, siedzimy na tarasie restauracji, w której wczoraj nakarmili nas najlepiej.



Jak Turcja, to oczywiście kebab, chociaż raczej nie w bułce, a na talerzu i bez surówki z kapusty. Mięso w różnych postaciach, najbardziej smakowały nam szaszłyki z dodatkiem pistacji, mniam. Lokalną specjalnością Kapadocji jest mięso i warzywa zamknięte w glinianych garnuszkach (testi kebab), które całe grzeje się następnie w piecu. Przykryte są ciastem, które też się opieka w trakcie całego procesu i w efekcie po zdjęciu pokrywki dostaje się przyrumienioną pitę (pewnie się jej nie je, ale nie mogłem się powstrzymać). A w środku dobrze przyprawione aromatyczne kawałki mięsa.


Tak się to przyrządza


Tak wygląda po podaniu


Tak po otwarciu.

A tak na talerzu :)

Poza tym lokalną specjalnością jest manti, czyli takie pierożki wyglądające trochę jak ravioli. Mogą być z warzywami albo z mięsem i zawsze z dużą ilością czosnku. Jedliśmy je w kiepskiej restauracji i szczerze mówiąc nas nie zachwyciło.
Dla jaroszy jest fasola (zdarza się też z mięsna wkładką, trochę jak po bretońsku), całkiem smaczna, jedliśmy ją w domowej atmosferze rodzinnej knajpki w małej wiosce na końcu świata. Niestety, wybór potraw dla wegetarian jest mocno ograniczony.
Do wszystkiego jest pilaw i sałatka ze świeżych pomidorów, ogórków i różnych liści. I pita lub chleb w różnej postaci.


Jako wieloletni fan ayranu doceniam, że można go tu kupić wszędzie. W supermarkecie sprzedają wielkie butle najróżniejszych gatunków, ale najlepiej smakuje podany w schłodzonej metalowej czarce:
Inne popularne w Turcji napoje to świeże soki. Z ciekawszych: sok z granatów (pierwszy raz piłem tutaj, dla amatorów kwaśnych smaków) i z arbuza. Napoje gorące, to oczywiście herbata i kawa po turecku, ale i salep - mleczny napój o lekko kisielowatej konsystencji z cynamonem i cukrem waniliowym. Ciekawy, ale bez szału. Dla amatorów kiszonek jest sok z kiszonej czarnej marchwi i rzepy. Niezły, ale raczej dla koneserów.

Sok z arbuza (Kalinka) i granatów (Laura).

Desery to oddzielny rozdział. Baklawy i inne potwornie słodkie ciasta nieustannie wiodły nas na pokuszenie. Jako amator różnych ciągutek nie mogłem przejść obojętnie obok witryn z kolorowym locum, a lody tureckie, specyficzne się ciągnące i sprzedawane przez dających całe show lodziarzy przyciągały nieustannie uwagę dziewczynek. W knajpce gdzie jemy polecają Kunefe - słodkie ciasto z dodatkiem specjalnego sera, lekko ciągnące się i całkiem dobre. Wczoraj zjedliśmy dużą porcję. A na dodatek firin sutlak (rodzaj puddingu ryżowego),  który kupiliśmy dzieciom, ale zjedliśmy sami.  Bo przecież słodycze są niezdrowe i zęby się od nich psują! ;)


Kurczak i frytki, uniwersalne jedzenie dla dzieci ;-)



Pożegnanie z Kapadocją

Odpoczęliśmy trochę od zgiełku wielkiego miasta. Przez trzy ostatnie dni jeździliśmy leniwie samochodem szukając ładnych widoków i oglądając wykute w skałach groty i całe podziemne miasta. Imponujące, szczególnie skala tego przedsięwzięcia. Dziewczynki dzielnie znoszą trudy podróży, zwłaszcza Kalinka nam imponuje prąc szybko do przodu i domagając się wchodzenia na kolejną wysoką górę lub śmiało schodząc w podziemne korytarze. Laura też nie zostaje z tyłu. Dzisiaj same zaciągnęły nas do kolejnego wykutego w skale tysiącletniego kościółka. Freski wszędzie tu zachowały się w takim stanie, że budzą podejrzenia, że namalowano je całkiem niedawno dla zwabienia turystów. Jednak ogląda się je z pewną przykrością, bo prawie wszystkie twarze są celowo zniszczone. Patrząc na kolejne pozbawione oczu, nosów lub ust postacie myślałem raczej o tych fanatykach, którzy metodycznie je okaleczali niż o tych, którzy ryjąc w skale ozdabiali ich malunkami ściany. Ciekawe, że ten sam boski zakaz, różnie interpretowany, prowadził do tego rodzaju skutków. W dodatku chwilę wcześniej współwyznawcy malujących też pewnie braliby się do skuwania. Dociekliwe pytania Kalinki chcącej zrozumieć czemu jedni ludzie malują obrazy, a inni je niszczą pozwalają zadumać się głębiej nad istotą wiary i ludzkich zachowań. W dodatku trzeba te przemyślenia wyartykułować później w zrozumiałej dla bystrej 4-latki formie, co nie jest rzeczą łatwą, zwłaszcza gdy samemu nie jest się pewnym odpowiedzi.


Siedzę teraz na tarasie i słucham wołania muezzina z pobliskiego meczetu wzywającego na wieczorną modlitwę. Turcja to pierwszy kraj gdzie tak bezpośrednio spotykam się z islamem. Ma to swój urok i pozwala lepiej zrozumieć pewne rzeczy. Duże wrażenie zrobiło na mnie wnętrze meczetu. Przyzwyczajony do barokowych kościołów byłem zaskoczony ascetycznością wystroju. Ta pustka i łagodna ornamentalna stylistyka była ciekawą odmianą. Meczet nie przytłaczał, robił wrażenie przestronnej jurty z miękkim dywanem zachęcającym do spoczynku. W kontekście dywanów nakaz zdjęcia butów stawał się zrozumiały i chociaż irytuje mnie nieco religijne pojęcie czystości, to z szacunku dla tej zwykłej ściągałem bez ociągania. To samo z myciem nóg, które na równi z rytualnym ma wymiar praktyczny. Nakaz schludności jest zrozumiały w wypełnionym meczecie. Na szczęście nie musiałem testować gorliwości wyznawców Allaha, bo kiedy zwiedzaliśmy meczety, świeciły pustkami.

Opuszczamy Turcję z pewnym żalem i uczuciem niedosytu. Bardzo pozytywnie zaskakują nas ludzie. Bardzo serdeczni i pomocni. Czasem aż do przesady, trochę krępujące jest ciągłe dostawanie różnych prezentów. Być może wyglądamy na wygłodzonych, bo już nie tylko dzieci dostają słodycze, ale na stacji benzynowej jakiś pan przyszedł żeby wręczyć Emilce kiść winogron, a inny siedzący pod murkiem i jedzący jabłko widząc nas idących z wózkami odkroił kawałek i chciał nas częstować. Dziewczynki wciąż zwracają uwagę i często pozują do fotografii, na szczęście akceptacja wyrażana jest dużo powściągliwiej. Japońskie i koreańskie wycieczki jakich jest tu wyjątkowo dużo też żywiołowo na nie reagują, gdybyśmy brali chociaż złotówkę za zdjęcie wyjazd mógłby szybko się zwrócić :)

Jutro żegnamy się z Kapadocja. Postanowiliśmy nieco zmienić plany i zamiast przebijać się autokarami do wybrzeża, a potem do Gruzji, wybraliśmy wariant bardziej wygodny i lecimy przez Stambuł do Dubaju. Udało się ustawić połączenie bez konieczności noclegu w Stambule, ale czeka nas ciężki wieczór i noc. Mam nadzieję, że transfer przebiegnie w miarę gładko.

W samym Dubaju mamy zamiar przynajmniej kilka dni odpocząć. O dziwo udało nam się zarezerwować apartament tańszy niż w Kapadocji, który na zdjęciach wygląda świetnie. Niedługo okaże się gdzie tkwi haczyk, ale na razie jesteśmy dobrej myśli. Potem lecimy na Sri Lankę, której w ogóle nie było na pierwotnej trasie i zastanawiamy się nad skokiem wypoczynkowym na Malediwy. Wszystko rozstrzygnie się w najbliższych dniach, kiedy będziemy polować na lotnicze i hotelowe okazje. Jeżeli macie porady odnośnie Sri Lanki lub Malediwów (a może jeszcze jakieś propozycje w tym rejonie świata?) będziemy wdzięczni. 

U tego pana, pomimo pewnych problemów z dogadaniem się, zjedliśmy smaczny, domowy obiad. 

Z małpką w ręce raźniej włazi się do ciemnej jaskini.

Szczęśliwe dzieci z mamą...

... i z tatą też.

Pusta droga, tej pustki brakowało nam w zatłoczonym Stambule. Chociaż po prawdzie zatłoczone jest centrum, a na obrzeżach (wielkości kilku największych polskich miast) jest pusto i zielono.




Do tego kościółka zaciągnęły nas dzisiaj dzieci. Przewodnik tak się ucieszył, że ktoś przyszedł, że nawet chciał nas oprowadzić za darmo. A jak Laura dała mały koncert rywalizując z Kalinką kto będzie na rękach u taty, przejęty pan proponował podwózkę samochodem do miasta :)



     

niedziela, 14 września 2014

Bajkowa Kapadocja

Za nami dwa bardzo intensywne dni. Zwiedzamy jak szaleni, bo okolica jest nieprawdopodobnie piękna. Chwilami trudno mi uwierzyć, że to wszystko jest prawdziwe.

Ale od początku. Nie dane było biednemu Marcinowi posiedzieć na tarasie z książką nawet jednego poranka, bo moje podróżnicze ADHD odezwało się już przy śniadaniu:). Wypożyczyliśmy zatem samochód i rozpoczęliśmy eksplorację.

Na pierwszy ogień poszedł park narodowy Goreme, czyli blisko 350 wykutych w tufowych skałach bizantyjskich kościołów. Potem szereg przepięknych dolin widokowych, podziemne miasta i niesamowite formacje skalne. Po tych dwóch dniach Kapadocja wysforowała się na jedno z najwspanialszych miejsc na świecie, jakie miałam okazję oglądać.

Byliśmy ciekawi jak zachowają się dziewczynki, ale znowu pokazały nam, że mamy bardzo dzielne dzieci. Kalina zwiedza zaskakująco świadomie, wszystko ją interesuje, zadaje masę trudnych pytań, na które często nie znamy odpowiedzi i musimy się ostro dokształcać:). Okazało się też, że czteroletnie nogi są już bardzo sprawne i silne. Wspina się na wszystkie wzniesienia jak mała kozica i ciągle chce wchodzić wyżej i wyżej.

Laura natomiast wymyśla sobie jakiś motyw, który ją interesuje i konsekwentnie szuka go podczas całego zwiedzania. W Goreme były to szkielety. Chodziliśmy więc od jaskini do jaskini, od kościoła do kościoła szukając kolejnych kości :).W podziemnych miastach z kolei szukała wnęk, które wyglądały jak "łóżeczka dzidzi". Fizycznie nasza dwulatka męczy się znacznie szybciej, ale za to okazała się mistrzynią negocjacji. Przy każdym dłuższym marszu, kiedy widzi, że nie bardzo są warunki, żeby nosić ją na rękach, walczy o to, co lubi najbardziej. Wygląda to zwykle mniej więcej tak:

Laura: mamo, nóżki mnie bolą.
Ja: jeszcze troszkę Laureńko, już niedługo odpoczniemy.
Laura: mamo, ale nóżki już nie mają siły!
Ja: a co pomoże nóżkom nabrać sił?
Laura (z bezbrzeżnym zdziwieniem, że nie wiem czegoś tak oczywistego): maaaaamo, przecież nóżki najbardziej lubią lody czekoladowe!

W efekcie spożycie lodów znacząco nam wzrosło, ale tacy jesteśmy dumni, że tak dzielnie zwiedzają, że jakoś nie umiemy im odmówić :).

Poniżej kilka foto wspomnień z Kapadocji:












piątek, 12 września 2014

Przywitanie z Kapadocją

Dzień spędzony w podróży ale w sumie całkiem przyjemny. Bardzo pozytywnie zaskoczyły nas linie Turkish Airlines (i to nie jest tekst sponsorowany:)). Samolot duuuużo lepszy niż międzynarodowy lotowski, którym lecieliśmy do Stambułu, bardzo smaczny lunch i do tego pierwszy raz nie szukaliśmy wózków po całym lotnisku.

Z lotniska w Kayseri przyjechaliśmy busikiem do Goreme. Już w trakcie transferu mieliśmy przedsmak tego co nas czeka podczas zwiedzania Kapadocji. Księżycowy krajobraz i powykuwane w tufowych skałach domy i kościoły. Od jutra zaczynamy zwiedzanie, a na razie napawamy się takim oto widokiem z tarasu:



Tak, mamy taras. I ogromny pokój. Po wnęce na szafę, w której mieszkaliśmy w Stambule, nie możemy się teraz otrząsnąć z tego nadmiaru szczęścia, które nas spotkało:). Zobaczcie zresztą:


A oto sam taras:


Od jutra uczciwa fotorelacja z jednego z najpiękniejszych regionów Turcji, a na razie fotorelacja z miejscowej lodziarni:


  

środa, 10 września 2014

Wyspy Książęce na Morzu Marmara

Brzmi tajemniczo i egzotycznie, w rzeczywistości płynie się tam w ścisku godzinę miejskim promem, cały czas podziwiając panoramę miasta. Dopiero jak uzmysłowiłem sobie, że Stambuł jest 10 razy większy od Warszawy zrozumiałem jak jest ogromny. Ciągnie się i ciągnie, dzisiaj podziwialiśmy głównie azjatycką stronę miasta.

Popłynęliśmy na pierwszą, najmniejszą z czterech dostępnych wysp (Kinaliada). Kusiła najlepszymi warunkami plażowania i największym spokojem. Sprawdziło się o tyle, że faktycznie nie było tłoku. Z łatwością kupiliśmy miejsce na leżakach i poszliśmy do wody. Niestety, kamienista plaża utrudniała dostęp i trzeba było trochę się natrudzić. Za to woda ciepła i przyjemna. Po kąpieli i zebraniu dwóch wiader muszelek przyszedł czas na smaczną rybkę w przyjemnej restauracji. Po leniwie spędzonym dniu wróciliśmy zatłoczonym promem do miasta.

W piątek lecimy do Kapadocji. Wybraliśmy wariant luksusowy i zamiast 12+ godzin w pociągu/autokarze będziemy mieli 1.5 godziny lotu. Budżet coraz bardziej napięty, ale na tym etapie podróży wygoda jeszcze się liczy. Pokój też z rozpędu "Deluxe", dalej chyba pojedziemy stopem :) Ale najpierw lot balonem...

Kamienista plaża z widokiem.

Laura sama podpatrzyła tutejszą modę...

a Kalinka poszła za jej przykładem.

Może kiedyś popłyniemy tak...

Bloki, bloki, bloki - każdy chce mieć widok...

Złoty róg prawdziwie na złoto.


   Hagia Sofia nawet w kiczowatym oświetleniu wygląda dostojnie.

poniedziałek, 8 września 2014

Inny Stambuł

Jeżeli ktoś tęskni do Indii lub chciałby poczuć tamtą atmosferę bez wykosztowywania się na daleki lot i narażania na zbyt wielki szok kulturowy powinien wybrać się na kilka dni do Stambułu. Tłok i gwar, duszne gorąco, sprzedawcy jedzenia na ulicy i czyściciele butów, tragarze ciągnący wyładowane do granic możliwości wózki, tradycyjne stroje wymieszane z typowo europejskimi, serdeczni, uczynni ludzie łatwo nawiązujący kontakt, naganiacze i handlarze wciskający swoje wyroby, brudne dzieci żebrzące na ulicy, a zamiast krów wszędzie bezpańskie koty. To wszystko pomieszane z bogato wyglądającymi sklepami, mnogością wszelkich towarów, pysznym jedzeniem i wyrafinowanymi słodkościami, wspaniałymi wieżowcami, dobrymi samochodami na ulicach i zamożnie wyglądającymi ludźmi.

W Stambule odnaleźć można zarówno europejską metropolię jak i azjatycki slums, często sąsiadujące ze sobą. tu i ówdzie wciśnięte starożytne zabytki, do tego stopnia, że nie można być pewnym, czy ta rozlatująca się rudera ma 80, czy 800 lat. Śpiew muezzinów niosący się przez miasto w czasie modlitwy tworzy niesamowity klimat, zwłaszcza, gdy stoi się między dużymi meczetami, lub gdzieś wysoko, i słychać niejako rozmowę minaretów, gdy śpiew jednego podchwytywany jest przez kolejne, powraca echem i znów jest podejmowany.

Nie lubię fotografować biedy jako źródła sensacji, więc tylko dwa zdjęcia wcale nie opuszczonych domostw (mimo wszystko to margines, chociaż nie trzeba było daleko szukać). Najgorsze wrażenie robią oczywiście dzieci przymuszone do żebractwa lub pracy, spędzające całe dnie na ulicy, brudne, bez normalnego dzieciństwa. Patrząc na nie i na nasze dziewczynki siedzące wygodnie w wózkach i grymaszące przy jedzeniu można zastanowić się nad niesprawiedliwością losu.



niedziela, 7 września 2014

Bosfor

Cieśnina Bosfor. Wodna autostrada oddzielająca Europę od Azji. A jednocześnie łącznik pomiędzy europejską a azjatycką częścią Stambułu. Ogromna ilość promów zapewnia świetną komunikację między dwoma brzegami. Na brzegach pałace, meczety, ekskluzywne hotele, parki... Zawsze kiedy widzę miasta tak bardzo zintegrowane ze swoimi wodami jest mi przykro, że Warszawa tylko "nad Wisłą kuca".

Ale wróćmy do Bosforu. Czy wiecie, że istnieją teorie zgodnie z którymi to od Bosforu zaczął się biblijny potop? Pewnego dnia, osiem tysięcy lat temu, pękła bariera lądowa oddzielająca Morze Śródziemne od Morza Czarnego, a masa wody z Morza Śródziemnego spadła olbrzymim wodospadem do położonego ponad 100 m niżej Morza Czarnego. Kiedy kataklizm się zaczynał Morze Czarne było wielkim słodkowodnym jeziorem, a wokół niego istniało wiele ludzkich siedzib. Katastrofa doprowadziła do całkowitej zagłady tego świata.

Cieśnina powstała zatem i wydawałoby się, że droga morska stoi otworem. Bynajmniej. Pamiętacie wyprawę Jazona po złote runo? Cieśnina broniła dostępu do wód znajdujących się pod drugiej stronie. Zamykały ją dwie skały zwane Symplegadami. Kiedy jakiś śmiałek próbował przepłynąć między nimi, skały zamykały się i miażdżyły jego okręt. Jazon, za radą wróżbity, puścił pomiędzy skały gołębia, który przeleciał tak szybko, że zamykające się skały wyrwały mu tylko kilka piór. Korzystając z chwili, kiedy Symplegady się rozstępowały, Argonauci powiosłowali szybko i udało im się przechytrzyć złośliwą cieśninę. Od tej pory Symplegady nigdy już się nie ruszyły.

Nam dzisiaj w każdym razie udało się przepłynąć bez szwanku:).