Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tirana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tirana. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 sierpnia 2017

Gjirokastra, Durres i Tirana po raz drugi

Gjirokastra to kolejne z górskich miast Albanii na naszej trasie. Trudy krętej górskiej drogi, na szczęście niezbyt długiej, wynagrodziły widoki i miły, świeżo wyremonotwany pensjonat, w którym zamieszkaliśmy (polecamy: https://www.booking.com/hotel/al/bebej-tradicional.en-gb.html). Pan Maradona, właściciel, pokierował nas do zamku i dzięki niemu dowiedzieliśmy sie o skrócie przez tunel. Bez tej zachęty raczej nie weszlibyśmy w mroczną czeluść w skale. Po raz kolejny mogliśmy docenić górnicze zdolności Albańczyków idąc tunelem wykutym przez górę, którego zaskakująco sprawna naturalna wentylacja prawie urywała głowę. Miła odmiana po wspinaniu się w skwarze po śliskich i stromych uliczkach. Tunel zaprowadził nas do starej części miasta, gdzie zwiedziliśmy muzeum etnograficzne urządzone w domu rodzinnym Hodży. Teraz prowadzi do niego ulica Ismaila Kadare, który także tam się urodził i po śmierci satrapy jest najsłynniejszą żyjącą osobą pochodzącą z tego miasta. Jak to bywa w takich miejscach pamięć o kontrowersyjnym sąsiedzie trwa i na murach toczy się spór o prawidłową nazwę ulicy, uwidoczniony na jednym ze zdjęć poniżej. Dom urządzony jest w typowo albańskim stylu i pozornie nie eksponuje nadmiernie osoby dyktatora, jednak zwiedzając trudno zapomnieć kto się tam wychował. Równie ciekawy jest położony nieopodal dom w trochę starszym stylu sprzed trzystu lat. Na kolejny, ponoć równie interesujący, zabrakło nam już zapału i ruszyliśmy pod górę na zamek. Warto dla widoku, robi wrażenie. Do tego ciekawa wystawa różnych dział porzuconych przez Włoskich faszystów uciekających z miasta. Pamięć partyznckich walk wciąż jest silna i wydaje się, że nawet dziś w jakimś stopniu tworzy mit założycielski państwa, co nie przeszkadza jednak z radością witać włoskich turystów.
Z bardziej przyziemnych przyjemności udało nam się wreszcie spróbować tradycyjnych albańskich potraw (obecnie tradycję buduje głównie pizza, zwana swojsko pica) i pogłaskać kozę prowadzoną na postronku przez jednego z mieszkańców. Po tym sielskim wypoczynku następnego dnia ruszyliśmy ostatni raz nad morze.

Gdy poprzednim razem byliśmy w tej okolicy postanowiliśmy, trochę snobistycznie, ominąć najbardziej modny kurort i wylądowaliśmy w sąsiednim Golem. Na szczęście teraz brak innych opcji zmusił nas to zarezerwowania noclegu w Durres, dzięki czemu dowiedzieliśmy się jak wielki błąd popełniliśmy wcześniej. Durres oczarowało mnie do tego stopnia, że w brodę sobie plułem, że nie spędziliśmy tu pierwszych czterech dni, zamiast brodzić w śmieciach w Golem (gdzie jednak, oddać trzeba, plaża była w porządku, a morze cieplejsze) i pchać się na północ do Vielipoje (kompletne nieporozumienie). W Durres też są plaże, pewnie nawet ładniejsze od tej, na której wylądowaliśmy, ale największą atrakcją jest samo miasto. Tętniące życiem, z ulicami (przynajmniej niektórymi, żeby zachować obiektywizm), które byłyby ozdobą niejednego zachodnioeuropejskiego miasteczka i masą uroczych knajpek, barów i restauracji. A skręciwszy trochę w bok, w głąb plątaniny ulic, trafia się od razu w azjatyckie zaułki, gdzie do wieżowca przytula się mała, licha chatka, a na podwórkach między zaparkowanymi błyszczącymi mercedesami biegają brudne, bose dzieciaki. W takich kontrastach widać jak miasto rośnie, zmienia się i przekształca. W dodatku w historycznym Durres na każdym kroku historia miesza się z teraźniejszością. Koronnym przykładem jest antyczny amfiteatr obrośnięty blokami, prawie wchłonięty przez miasto. Część domów stoi wprost na ruinach. Można się oburzać, ale stojąc tam miałem poczucie ciągłości trwania miasta. Tak jak niedaleko oglądając stary hammam i pięćsetletnie tureckie mury kontrapunktowane cukerkową fasadą odnowionej (lub postawionej dopiero co, kto ich tam wie) klasycystycznej europejskiej kamienicy. W starych basztach urządza się knajpę przełużając w ten sposób użyteczność solidnych murów.

Durres zdobyło moje serce nie tylko architektoniczną brawurą, palmami przy drogach i poczuciem, że jestem w Saint-Tropez (gdzie nigdy zresztą nie byłem). Otóż tylu lodziarni ile tu jest przy jednej ulicy nie było w całej pozostałej Albanii, a co budka, to lepsze. W dodatku, co jest w tym wszystkim najlepsze, lody są śmiesznie tanie, tak jak kiedyś u nas, zanim lodziarze postanowili nadgonić cenowo zachodnią Europę. Tak, Durres jest miejscem, gdzie warto spędzić kilka dni. Nastrój, wystawiony na próbę przedłużającym się pobytem w Ksamil, z jego zatłoczonymi plażami (pierwsze dwa dni) i obciachowym krzywym deptakiem, poprawił mi się na tyle, że rozważałem, czy lepiej przeprowadzić się do Durres i dojeżdżać (autostradą!) do Tirany (do której również mam słabość), czy odwrotnie. Po ochłonięciu, to może jednak przesada, ale z chęcią wyskoczę kiedyś do Durres np. na majówkę.

Z albańskich ciekawostek zauważyłem powszechny zwyczaj budowania domów na raty. Każdy szanujący się Albańczyk wydaje się z optymizmem patrzeć w przyszłość i nigdy nie wykańcza dachu, tylko pozostawia sterczące w górę pręty zbrojeniowe mające dać w przyszłości zaczyn kolejnego piętra. Nawet kilkupiętrowe domy nie wyłamują się z tej tradycyji, co każe przypuszczać, że po kilkunastu latach turystycznej prosperity Albania pokryta będzie drapaczami chmur. Szczególnie jednak rozczulający jest taki widok na kompletnych ruderach, których mury na pierwszy rzut oka nie wytrzymałyby kolejnej kondygnacji.
Zanim jednak powstaną kolejne piętra praktyczni Albańczycy wykorzystują prowizoryczny dach jako taras, suszarnię lub wręcz stawiają na nim mały domek, drewniany lub murowany (ten pewnie w przyszłości zostanie od razu pokojem). Ten zwyczaj chętnie przeniósł bym na warszawskie blokowiska. Willa postawiona na dachu dwunastopiętrowca pokrytego trawą byłaby nie lada atrakcją. Coś jak dom na skale, ale z windą.

Inną ciekawostką są myjne samochodowe, które są wszędzie. Dzięki temu pierwszym albańskim słowem które poznałem było lavash. Wygląda na to, że kogo stać na wiadro i ścierkę zaraz otwiera taki biznes. Widocznie samochód, który można tu posiadać na własność od dopiero 26 lat wciąż stanowi fetysz i największy symbol luksusu, który wymaga nieustających pieszczot. Fakt, że zakurzyć samochód na tych drogach nietrudno.

Ten wpis powstaje w Tiranie, gdzie odwiedziliśmy stare kąty i odkryliśmy, że poprzedni hotel był co prawda urokliwy, ale hotel z basenem w tym klimacie jest jednak lepszy. Warto było przekroczyć budżet.

Górskie widoki w Gjirokastrze

Mało zachęcające wejście do tunelu-skrótu.

Szczęśliwie po drugiej stronie.

Nowoczesna część miasta.

Dom dyktatora, opisany bardziej przez graffiti niż znaki drogowe, kamuflujące go pod nazwą muzeum etnograficznego. Widać zmaganie z trudną przeszłością.

Tutaj widać to jeszcze wyraźniej. Można odszukać trzy wersje nazwy ulicy.

Też chcę być na jakimś zdjęciu :)

Charakterystyczne dachy domów (jeszcze sprzed mody na wieczną rozbudowę)

Szczyt zamku. Kopuła jest amfiteatrem na którym odbywają się festiwale folklorystyczne.




To już Durres - miasto wchłania antyczny amfiteatr. 

Jeden z głównych placów, dobre miejsce rozpoczęcia wędrówki.

Kilka kroków w bok z najbardziej uczęszczanych szlaków.

Jeżeli nie lubisz słodyczy, przyjdź tu. Jeżeli lubisz, zamieszkaj w okolicy. W obu przypadkach zamów lody.

Widok na rzeczony hammam. Odbudowany w 1980, wygląda jak przed wiekami.

Durres by night.

Księżyc i Jowisz nad molo.

To już Tirana. Jak będziecie na nowym targu (powyżej) szukacje lodów w małej budce po prawej stronie (lub w lodziarni z tyłu na lewo), nazywają się jakoś na "R", warto wziąć truskawkowe, nawet jak nie lubicie.

W Albanii podoba mi się to, że wystarczy wejść w jakąś przypadkową bramę, żeby znienacka natknąć się np. na niepozorny namiot cyrkowy, kompletnie niewidoczny z głównej ulicy.

Ktoś się naoglądał Mondriana.

piątek, 18 sierpnia 2017

Tirana, Golem i Velipoja

Naszą albańską wyprawę zaczęliśmy późną nocą w Tiranie od błądzenia w ciasnych i ciemnych uliczkach w poszukiwaniu hotelu. Okazało się, że przejeżdżaliśmy obok niego kilka razy, zanim w końcu udało się nam go zlokalizować. Półsenne dzieci ruszyły z Emilką do pokoju, a ja zjechałem samochodem na głęboki podziemny parking, niepokojąco przypominający przeciwatomowy schron. Niewątpliwie architekt wprawiał się projektując słynne albańskie bunkry. Na szczęście hotel na powierzchni wyglądał dużo przyjaźniej.
Następnego dnia ruszyliśmy na zwiedzanie Tirany. Od razu nasuwają się skojarzenia ze Stambułem, bo chociaż miasto jest oczywiście bez porównania mniejsze, to podobnie miesza się w nim wschód z zachodem, Europa z Azją, cywilizacja z biedą. Główny plac miasta ujął nas fontannami i ujęciami wody dającymi przyjemny chłód, a także ładnym widokiem ze starej zegarowej wieży. Obok jest bunkier zamieniony w muzeum z przejmującą artystyczno-historyczną wystawą prezentującą mroczną stronę albańskiego powojennego totalitaryzmu. Nawet pobieżne zwiedzenie tego miejsca pozostawia w człowieku ślad i pozwala chociaż trochę zrozumieć historię najnowszą tego odizolowanego przez dziesiątki lat kraju. Później, przez modny, pełny uroczych knajpek deptak przeszliśmy do mostu prowadzącego do albańskiego zakazanego miasta, dzielnicy, której inspiracją był chyba folwark zwierzęcy. Zielona, willowa wyspa prominentów reżimu, niedostępna dla postronnych, nawet teraz wyróżnia się na tle otaczających ją blokowisk. Co ciekawe, wille dalej są zamieszkane, a w budkach wartowniczych siedzą strażnicy, wygląda więc na to, że nowa elita także się odnalazła, teraz jednak chociaż można tam spacerować. Na obrzeżach straszy wybudowana przez córkę Hodży, w zamyśle szklana, w praktyce betonowa piramida, obecnie zdewastowana i porzucona.
Do hotelu wróciliśmy opłotkami, przechodząc przez slumsy sąsiadujące z nowoczesnym bazarem i nowymi blokami. Tirana, bezpretensjonalna, pełna kontrastów, kolorowa i gwarna, z przyjemnymi restauracjami z dobrym jedzeniem w przyjaznych cenach, z uśmiechniętymi ludźmi i mroczną historią, chwyciła mnie za serce od pierwszego spaceru. Chętnie pomieszkałbym tam przez jakiś czas, chociaż Emilka nie podziela mojego entuzjazmu aż do takiego stopnia.

Następnego dnia pojechaliśmy nad morze do pobliskiego Golem, małego miasteczka położonego obok tłocznego, modnego kurortu Durres, gdzie odpoczywa Tirana (i które z tych właśnie względów postanowiliśmy ominąć). Nasze błądzenie w Tiranie okazało się niczym w porównaniu z poszukiwaniami pensjonatu tutaj. Za gwałtownym rozwojem nadmorskich miejscowości, który rozpoczął się po odzyskaniu przez Albanię niepodległości, wyraźnie nie nadąża państwowa machina biurokratyczno-infrastrukturalna, w związku wiele domów nie ma ani adresów ani dróg dojazdowych. Sprawy nie ułatwia fakt, że każdy stawia sobie płot gdzie mu wygodnie, przez co powstaje plątanina wąskich, nieprzejezdnych i nieopisanych dróżek wijących się między nastawianymi chaotycznie budynkami. Okazało się, że kilka razy ominąłem właściwy zakręt uznając, jak się okazało niesłusznie, że nie ma szans zmieścić się tam samochodem. I to był dopiero początek nauki jazdy po tym kraju. Teraz, po kilku dniach wiem, że nie ma drogi tak złej lub tak stromej, żeby nie dało się nią pojechać, a jak sytuacja wygląda na kompletnie beznadziejną, to z przeciwnej strony na pewno nadjedzie stary Mercedes, z którym trzeba się będzie wyminąć.
Wracając nad morze, niech wystarczy, że było. Ciepłe, z dużymi, atrakcyjnymi dla dzieci falami. Plaża dość zatłoczona, chociaż piaszczysta. Niestety, klimat psuły wszechobecne śmieci. Daje się we znaki mentalność pozwalająca rzucić odpadki za siebie i niedostrzegać brudu za płotem wysprzątanej posesji. Psuło nam to przyjemność zwiedzania i odpoczywania zarówno w Golem (https://www.booking.com/hotel/al/nuovo-sun-golem.en-gb.html - pensjonat polecamy, okolicę niekoniecznie), jak i w Velipoja, gdzie dodatkowo plaża była paskudna. Sytuację ratował basen w zaskakująco ładnym i przyjemnym hotelu (https://www.booking.com/hotel/al/brian.en-gb.html). Opis co prawda trochę koloryzował rzeczywistość (rzekomy widok na morze wymagałby wyciecia wielu drzew i zainstalowania porządnego teleskopu na balkonie, placu zabaw też nie było), ale nie bądźmy drobiazgowi. Krótki spacer pozwolił się upewnić, że trafiliśmy do oazy luksusu i dobrego smaku (co prawda było w okolicy kilka schludnych i miłych miejsc, ale jednak bez basenu), cóż z tego, gdy spacerować przyszło przy przewróconych przez krowy koszach na śmieci i ogólnym syfie. Nie polecamy tego miejsca, ale jak już tu traficie, jedźcie do Briana (weźcie tylko zatyczki do uszu, bo muzyka gra do późna). Wycieczka nad jezioro Szkoderskie nie rekompensuje wysiłku podróży na północ, tak jak i samo miasto Szkodra, które zwiedziliśmy przez szybę samochodu, bo jakoś w ogóle nie mieliśmy ochoty tam wysiąść.
Po tych klilku dniach zniechęciliśmy się do Albanii, jak się jednak dalej okaże, przedwcześnie.

Widok z wieży zegarowej na główny plac Tirany. Ciekawe są widoczne sztuczne strumyki - bruk polewany jest wodą z podziemnych studzienek, co przyjemnie chłodzi, zwłaszcza jak boso brodzi się w płytkiej wodzie. 
Bunkier w centrum kryjący muzeum, które koniecznie trzeba zobaczyć. Gdyby Hodża przewidział, jakie będzie ostateczne przeznaczenie obiektów jego obsesji... 

Przejmująca alegoria totalitaryzmu.

 Takoż, mimo woli. Pranvera też nie mogła przewidzieć.

Lubię tropić matematyczne ciekawostki. Tutaj rzeźbiarz chyba przypadkowo przepisał różne wzory. Ciekaw jestem jaka myśl mu przyświecała, niestety sensu nie mogłem odnaleźć.
Hotele powstają stopniowo, pierwsze piętra muszą zarobić na kolejne. Tu przykład interesującej wiwisekcji, uważny czytelnik dostrzeże telewizor i inne elementy wyposażenia przewiewnych na razie pokoi. Na szczęście klimat sprzyja.

Tyłem do brudu, twarzą do ciepłego morza.