Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lembongan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lembongan. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 listopada 2014

Lembongan - nurkowanie i zwiedzanie

Dzisiaj ostatni dzień na Lembongan, pora więc na podsumowanie.  Wbrew obawom udało nam się całkiem sporo i nie nudziliśmy się, chociaż na początku pobytu baliśmy się, że utkniemy na tydzień nad basenem (zresztą całkiem fajnym, z dziwną, jakby gazowaną wodą, pierwszy raz w czymś takim pływałem). Na szczęście niedaleko hotelu była mała baza nurkowa, więc postanowiliśmy skorzystać na zmianę (urok podróży z dziećmi).  

Pierwszego dnia udało mi się zrobić trzy nurkowania. Ładna, kolorowa rafa, dużo małych ryb i co jakiś czas jakaś większa wypływająca z głębiny. Większość miejsc nurkowych tutaj charakteryzuje się silnymi prądami, nierzadko zimnymi, dzięki czemu nurkowanie jest urozmaicone także pod względem temperatury wody i w cienkiej piance można zmarznąć. Widoczność jest super, a obecny układ pływów sprawiał, że lepiej było zaczynać nurkowanie wcześnie rano. Niestety, nie udało mi się zobaczyć ani mola-mola, ani wielkiej manty, za to przeżyłem pierwszy w życiu atak ryby, po którym nauczyłem się zwracać dużą uwagę na titan tigerfisha. Płynąłem sobie spokojnie za naszym przewodnikiem, gdy zobaczyłem, że daje mi jakieś dziwne znaki. Zanim zrozumiałem o co mu chodzi poczułem silne uderzenie od tyłu w szyję i szczękę. Zupełnie, jakby ktoś solidnie przywalił mi z pięści. Trochę oszołomiony i zaskoczony zobaczyłem pod sobą jakąś rybę płynącą szybko w dół. Nie wiedziałem co się stało, na szczęście prąd zniósł mnie dalej, bo później dowiedziałem się, że titan triggerfish przegania intruza z miejsca tarła do skutku. Okazało się, że nasz przewodnik został zaatakowany pierwszy, trigger fish uderzył go w głowę tak silnie, że przez chwilę myślał, że uderzył głową w butlę nurka płynącego przed nim. Jak się zorientował co się stało, zobaczył, że triggerfish jest za mną i szykuje się do kolejnego ataku. Szczęśliwie ryba nie użyła swoich silnych zębów, bo ugryzienie w tym miejscu mogłoby być bardzo niemiłe w skutkach. Ból po uderzeniu czułem jeszcze długo po nurkowaniu. Ciekawe doświadczenie, z którego płynie nauka, że lepiej tę kolorową rybkę uważnie omijać. Moją pierwszą reakcją na bolącą szyję, gdy już zrozumiałem co się stało, była chęć poszukania tej uroczej rybki w najbliższej restauracji i skonsumowanie jej na obiad, ale po jakimś czasie złość zastąpił respekt i podziw nad jej walecznością i determinacją, żeby chronić swoją ikrę. Bez strachu rzuca się sama na grupę wielkich w jej mniemaniu ryb, żeby przegonić je ze swojego terytorium.

Po nurkowaniu pożyczyłem skuter i, znów na zmianę, zwiedziliśmy wyspę (i odszukałem jedyny tu bankomat, żeby uzupełnić gotówkę). Skuter to najlepszy pojazd do samodzielnego zwiedzania Lembongan. Do zwiedzania z dziećmi lepszy okazał się terenowy melex, którego pożyczyliśmy dzień później i którym objechaliśmy całą wyspę.

Na mapie Lembongan jest malutka, w rzeczywistości zaskakuje swoją wielkością. Mieszka tu 8 tysięcy ludzi, do tego sporo turystów, którzy mieszkają tu przez jakiś czas lub dojeżdżają na jeden dzień z pobliskiego Bali. Co ciekawe, mają aż sześć szkół, często dość dużych. Głównym lokalnym biznesem, poza turystyką, jest uprawa alg morskich. Warunki mają ku temu dobre, ciągnące się wzdłuż wybrzeża i wchodzące głęboko w morze płycizny stanowią idealne miejsce. Zapach suszonych wodorostów unosi się w powietrzu, na wodzie widać stojących po pas w wodzie ludzi zbierających do koszy mokre, zielone wiechcie. Bardzo to malownicze.
Sama wyspa jest trochę mniej malownicza i trudno nazwać ją rajską, a widziałem, że często ją tak określają. Swoją drogą to ciekawe, że w powszechnym mniemaniu w raju powinno być gorąco jak w piekle :). Ale nie o upał chodzi, ale o biedę i kontrast miedzy wypieszczonymi oazami dla turystów, a prozą życia mieszkańców. Oczywiście z chlubnymi wyjątkami, niektórzy dbają o swoje otoczenie i ich skromne domki wyglądają uroczo, ale wielu mieszka w skleconych byle jak lepiankach otoczonych zbieraniną najróżniejszych przedmiotów. Do tego co rusz natrafia się na jakąś budowę. Plaże są dalekie od tego, żebym określił je jako rajskie. Albo zawalone są łodziami, albo kamieniami (w najlepszym wypadku). Owszem, czasem trafia się jakiś ładniejszy fragment, ale prawdziwie zachęcającej do kąpieli nie znaleźliśmy. Poza tym upał i brak cienia zniechęcają.
Mimo wszystko podobało nam się i chociaż nie chcielibyśmy tu mieszkać, to cieszymy się, że tu byliśmy. 
Emilka miała więcej szczęścia na nurkowaniu, bo widziała wielką mantę i rekina. Poza tym wpadła w silny prąd i miała jazdę jak na rollercosterze.
W kolejnym dniu znowu była moja kolej. Trzy nurki obyły się bez przygód, wszystkie triggerfish omijałem z respektem (zwłaszcza, że była pełnia, a to czas, gdy są szczególnie agresywne). Dużych ryb nie było, ale rafa piękna i kolorowa. Czas mijał szybko i już trzeba się pakować. Jutro wieczorem lecimy do Australii, pierwszy przystanek Adelaide. Mam nadzieję, że nasz campervan czeka na nas, bo jego rezerwowanie to była droga przez mękę. Trzymajcie kciuki!



Oto nasz pojazd. Pierwszy raz prowadziłem melexa, samo w sobie było to atrakcją :). Na szczęście miał terenowe koła, bo droga była bardzo wyboista, a miejscami znikała.


Parasolki nad grobami. Widać i duchom zmarłych, które siadają na tych tronach, słońce przeszkadza.

Panorama miasteczka. Widząc ją pierwszy raz byłem zaskoczony, bo nie spodziewałem się, że wyspa jest tak duża.

Stare łodzie czasem zastępują stoły w knajpach.

Plaża malownicza, ale bardziej port niż miejsce wypoczynku.

Płycizna po horyzont. Dobre dla glonów, mniej dla pływaków.

Płyniemy na snorkling :)

Próba oswojenia plaży. Słońce szybko wygnało dziewczynki pod dach. W tle łódź, która zabrała nas na snorkling i zwiedzanie lasu mangrowego.

Po pływaniu zjedliśmy w knajpce z widokiem.

Przed wieloma chatami suszą się wodorosty.

Tak wyglądają typowe domy na wyspie.

Wszyscy na pokład!

Las mangrowy i tradycyjna łódź.

Nasza była z silnikiem, za to miała daszek chroniący przed piekielnym upałem.

Woda była brązowa, o kolorycie błota. Za to widoki bardzo ładne.

Tradycyjny sposób pływania.

W tle imponujące góry wyspy Bali.

Las wyrasta na morzu. 

Jeszcze zielone wodorosty. Po jakimś czasie na słońcu będą żółte i suche. Kolega Indonezyjczyk, zapoznany na nurkowaniu, kupił całą torbę i tłumaczył mi, że w domu ugotuje je, pokroi, doda wieprzowinę i usmaży w woku. Te wodorosty różnią się trochę od tych używanych w kuchni japońskiej.

Zbieranie wodorostów.

Most łączący wyspy Lembongan i Ceningan. Przejezdny tylko dla motorów, ale nie odważyłem się (pierwszy raz w życiu na skuterze). Od samego patrzenia czułem się niepewnie. Cały faluje i turkoce, kiedy ktoś po nim przejeżdża. Wyminąć się chyba nie da.

To jest ciężka praca, człowiek docenia wygody cywilizacji.

Przynajmniej pracują w ładnym otoczeniu.

Efekt pracy.






poniedziałek, 3 listopada 2014

Z Bali na Lembongan

Kiedy byłem mały dostałem kolorową kartkę z Bali. Wysłał ją mój wujek, który opowiadał później o ciepłych plażach, egzotycznych krajobrazach i tropikalnych wyspach. Ponieważ wówczas najdalej byłem nad Bałtykiem, nazwy: Java i Bali zapadły głęboko w moją pamięć i kojarzyły się z rajskimi widokami z pocztówki. 
Dlatego byłem ciekawy jak rzeczywistość zweryfikuje moje dziecięce oczekiwania.

Z lotniska trafiliśmy do Ubud, ale o tym już wiecie. Pod koniec pobytu udało nam się pojechać na całodniową wycieczkę, dzięki czemu mamy trochę lepszy obraz wyspy. Okazało się, że znamy tylko część, najbardziej turystyczną, tego małego miasteczka. Okolica naszego hotelu była typowo komercyjna, ale trzeba przyznać, że w uroczym wydaniu. Pomimo tego, że w okolicy były tylko pensjonaty, restauracje i sklepy, architektura i dbałość o szczegóły powodowały, że nie czuło się jak w typowej wakacyjnej miejscowości. Po oddaleniu się trochę od komercyjnego centrum można zobaczyć prawdziwą część miasta, na szczęście nie odbiegającą nadmiernie od tej dla turystów.

To co przesądza o wyjątkowości Bali, to motywowana religijnie architektura. Na wyspie tej, wyjątkowo dla Indonezji, 80-procentową większość stanowią wyznawcy hinduizmu. I, jak tłumaczył mi nasz kierowca, ta odmiana hinduizmu różni się tym od indyjskiej, że na Bali modli się zawsze w świątyni, uznając całą wielość hinduskich bóstw. W dodatku ludzie tradycyjnie łączą się w kilkurodzinne wspólnoty otaczając zdobionym murem teren małego osiedla, w których zawsze jest miejsce i na małą świątynię i centralny budynek używany do uroczystych ceremonii. Ponieważ estetyka budowli ma tu spore znaczenie, a wejście do osiedla jest jego wizytówką, można podziwiać misternie zdobione drzwi, a także imponujące detalem rzeźby i zdobienia. Na początku kilka razy pomyliłem zwykłe osiedle z budynkiem świątynnym, ponieważ otwarte drzwi ukazują, niejednokrotnie bardzo zdobiony i efektowny, posąg bóstwa. Okazało się, że nie była to wielka pomyłka, ponieważ faktycznie to co widziałem było małym obiektem sakralnym, wokół którego zbudowane były domostwa i wyglądało tak każde typowe osiedle wyznawców hinduizmu (warto dodać, że odpowiednio zamożnych). Ponieważ osiedla takie mają często wieloletnią historię, na ich obecną postać miało wpływ kilka pokoleń, których zbiorowy wysiłek owocuje zachwycającym rezultatem. Dzięki temu Bali wygląda inaczej niż inne miejsca w Azji, a dojrzałość lokalnej sztuki powoduje, że sklepy, zamiast typowej pamiątkowej tandety, wypełnione są asortymentem ciekawym i prawdziwie ładnym.


 Drzwi: otwarte i zamknięte

Rzeźby i zdobienia.




Kalince spodobała się jaskinia w świątyni słonia i ciągle chciała tam wracać.

Świątynia miliona schodów. Emilka została oddelegowana do zwiedzenia i zrobienia zdjęć, wróciła ledwo żywa.

Nawet drzewo musi być ubrane w sarong

Co wieczór przed domami i w różnych strategicznych miejscach umieszcza się dary dla bóstw, okadzając miejsce ofiary kadzidełkiem. Trzeba uważnie stąpać, żeby nie rozdeptać tych, często misternie przygotowanych, ozdób z kwiatami i ziarnami ryżu.

Święte źródło, taki nasz Licheń. Trzeba wykąpać się dokładnie pod każdą z wielu strug wody. Kalinka dokładnie umyła świętą wodą wszystkie ranki na nogach i czekała w napięciu na zagojenie. Następnego dnia rano orzekła, że "leczące źródło to ściema".


Jednak chociaż było ładnie i wyspa miło mnie zaskoczyła, to z pewnym rozczarowaniem przyjąłem odległość od morza i brak plaży. Nie tak wyobrażałem sobie tropikalną wyspę. Dlatego przed lotem do Australii chcieliśmy zaznać trochę plaży i choć trochę ponurkować. Skuszeni internetowymi opisami (i bliskością lotniska) wybraliśmy wyspę Lembongan, która obiecywała ładne plaże i dobre miejsca nurkowe. Przyjechaliśmy tu wczoraj łodzią, która nie bez przyczyny określana jest jako "speed boat". Niewielka jednostka napędzana trzema potężnymi silnikami, w sumie prawie tysiąc koni, dosłownie leciała ponad falami. Tak szybko w życiu nie płynęliśmy.

Trafiliśmy do sympatycznego ośrodka, gdzie dostaliśmy własny bungalow z widokiem na fajny basen. Niestety, pobliska plaża, pełna łódek, nie zachęca. Z drugiej strony przy tym upale lepiej być w cieniu przy basenie. Dalsza plaża jest lepsza, ale znowu brak cienia i wizja spaceru z dziećmi w upale trochę zniechęca. Próbowałem rano zapisać się na nurki, ale okazało się, że tutaj dzień zaczyna się wcześnie i na nurkowanie wypływa się sporo przed ósmą. Dzięki temu jednak mogłem przejść się po okolicy, która różni się mocno od tego co widziałem na Bali. Lembongan rozwija się od niedawna jako centrum nurkowe. Co rusz widać jakąś rozpoczętą budowę lub ziemię na sprzedaż. Napotyka się enklawy małych, zadbanych hoteli, ale poza nimi okolica jest mniej zachęcająca, a lokalni mieszkańcy żyją w bardzo biednych warunkach. Widać trud wyrywania ziemi bujnej przyrodzie w piekącym słońcu. Niestety, miejscami bywa też brudno, a rozgrzebane place (placyki) budowy nie upiększają krajobrazu. Wąskie ulice pozwalają prawie wyłącznie na transport motorowy, co przy małych dzieciach jest pewną przeszkodą, chociaż kompletnie niezrozumiałą przez miejscowych, którzy wiozą na motorkach ledwo stojące maluchy i nie widzą w tym żadnej sensacji. Może uda nam się znaleźć sposób na zwiedzenie wyspy, bo przewodniki i inni blogerzy zgodnie się nią zachwycają (trochę niepokoi mnie, że zachwycają się też pobliską plażą).
Udało mi się zapisać na jutrzejsze nurkowanie (zbiórka o 7 rano!), będę więc mógł zweryfikować obietnice pięknej rafy. Mam nadzieję, że będzie ładniejsza od plaży.

Ten wpis opóźnił się znacznie, bowiem kilka poprzednich wieczorów zajętych mieliśmy rezerwowaniem dalszych etapów podróży. Australia i Nowa Zelandia wymagają planowania z wyprzedzeniem, w dodatku trafiamy tam w okresie świąt i tamtejszych wakacji. Kupowaliśmy więc bilety na poszczególne loty, rezerwowaliśmy campervany i noclegi. Nasze karty nie wytrzymywały gwałtownego skumulowania wydatków, co powodowało różne problemy i perturbacje, ale prawie wszystko już się udało. Niestety, świata nie okrążymy, dokładniejsza analiza zimowej pogody w Stanach i dostępności poszczególnych lotów i cen noclegów spowodowała decyzję o powrocie z Nowej Zelandii z powrotem na Bali. Spędzimy tu Sylwestra :). Musimy potem wymyślić jak wrócić do kraju. Z drugiej strony cieszę się, bo chyba jednak uda mi się zobaczyć Tajlandię, a Emilce Birmę.


Jeszcze trochę zdjęć z Bali, z Lembongan następnym razem.

Kultura

Poszliśmy na pokaz tradycyjnych tańców.


Dziewczynki oglądały z zainteresowaniem, ciągle zadając pytania.


Gender w praktyce: Kalinka zapytała "a co to za pani?". Wtedy odpowiedziałem pytaniem, czy myśli, że to pan, czy pani? Zamarła na dłuższą chwilę pilnie się przypatrując i intensywnie myśląc :)

Podobało się :)


 Owoce
Jackfruit na drzewie.

Kawa przed zjedzeniem przez luwaka.

Kawa po zjedzeniu przez luwaka.

A to kakao.

Podoba nam się estetyka straganów z owocami (dość niestety rzadkich)

Wężowa skóra. Faktycznie nazwa odpowiada rzeczywistości.

W środku owoc o wyglądzie czosnku. Całkiem smaczny.


Ryż


Pola ryżowe wyglądają malowniczo...


...ale zbiory to bardzo ciężka praca.



 Tarasy ryżowe.

I sam ryż.  

 
A to pole koło naszego hotelu.

Trafiliśmy na czas zbiorów.

Pola ryżowe wokół domów tworzą klimat tego miejsca.


Socjologia
Emilka powiedziała, że tak jej się na Bali podoba, że mogłaby tu spędzić emeryturę. Powiedziałem, żeby się zastanowiła (babcia rekordzistka dźwigała na głowie worki z cementem pomagając w budowie domu).

Inne


Mają tu fotogeniczne gołębie

I sprzedają ładne ubranka.

Czemu ciągle, od samego początku podróży pytają nas, czy to bliźniaczki?

Plaża w Sanur. Płynęliśmy z niej na Lembongan. Reklamowana jako jedna z ładniejszych, nas trochę przeraziła. Tłum jak nad polskim morzem w sezonie, do tego łodzie przypływające pod sam brzeg, Na szczęście zobaczyliśmy i wiemy, że na następny pobyt poszukamy innego miejsca.