środa, 17 stycznia 2018

Tel Awiw, Jerozolima, Arad, czyli ucieczka przed zimą

Tel Awiw

Po poczwórnej kontroli lotniskowej, locie bez niespodzianek i szalonej jeździe taksówką, która zapewniła emocje większe niż niejedne turbulencje, dotarliśmy do naszego apartamentu. A właściwie pod blok, ponieważ długo nie mogliśmy znaleźć numeru mieszkania, maila z kodem i już wyglądało na to, że spędzimy noc na walizkach. Nawet pomocny sąsiad nie był w stanie dodzwonić się do właścicieli mieszkania. W końcu jednak udało połączyć się z siecią, ściągnąć maila z szyfrem do skrzynki z kluczem i otworzyć drzwi. Czuliśmy się jak w escape roomie. Potem poszliśmy na wieczorny spacer w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia.

Trafiliśmy na świetne chińskie pierożki, które zamawialiśmy po polsku, ponieważ chłopak za ladą ma dziadków we Wrocławiu. Później weszliśmy do sklepu ze słodyczami, gdzie łakomie patrzyliśmy na bloki chałwy, baklawy i innych słodkości, z czego największą perwersją wydały mi się daktyle faszerowane chałwą. Właściciel krzątał się koło nas ładując zamówienie do torebek. Dochodząc do lady zobaczyłem napis Mieszko i zwróciłem uwagę, że ma cukierki z Polski. Wtedy popatrzył na mnie, powiedział "Polska?" i po krótkiej pauzie dodał "Jaruzelski". Trochę mnie zatkało i musiałem mieć zdziwioną minę do dopowiedział "prezydent". Pożegnał nas po rosyjsku.

Następnego dnia zwiedzaliśmy Tel Awiw idąc piechotą do starej Jaffy. Zaczęliśmy od plaży i ona zachwyciła nas najbardziej. Po raz kolejny uznaliśmy, że chcielibyśmy mieszkać w mieście nad morzem. Pewnie w lecie tłum odbiera temu miejscu wiele uroku, ale w środku stycznia jest pusto i urokliwie. Miękki ciepły piasek zachęcał do zdjęcia butów, dziewczynki od razu zaczęły budować zamek. Miejsce zyskało podwójnie, gdy odkryliśmy w pobliżu lody, uczciwie mówiąc jedne z najlepszych jakie kiedykolwiek jedliśmy. Zaczęło się dobrze.

Potem spacer zaułkami, gdzie czuliśmy się trochę jak w Albanii, trochę jak w Turcji i moje wyobrażenie o nowoczesnym Izraelu zostało skonfrontowane z rzeczywistością. Jedynie ceny nie pozwalały nam zapomnieć gdzie jesteśmy. Na szczęście trafiliśmy w labiryncie uliczek na lokalną perełkę, barek na świeżym powietrzu pełny lokalnych mieszkańców gdzie stosunkowo niedrogo zjedliśmy najlepszy w życiu hummus (nawet Emilka, która od pewnego czasu wyspecjalizowała się w przygotowywaniu świetnego domowej roboty przyznała to bez żalu). Warto było czekać na stolik. Pożywieni ruszyliśmy na poszukiwania starego miasta. Czytałem, że Jaffa utrzymuje swój undergroundowy klimat i nowoczesne butiki gnieżdżą się w rozwalających się kamienicach, być może też dalej działa zakaz remontowania budynków. Stara część wygląda już odpowiednio wiekowo i dostojnie, a sprzedawcy różnych rupieci dodają kolorytu.
Wracaliśmy wieczorem w siąpiącym deszczu. Następnego dnia wyjechaliśmy do Jerozolimy.



"Tel Awiw - Jerozolima, dwa miasta, jedna podróż" - nasze dzieci podchwyciły telewizyjną reklamę i wyśpiewywały to zdanie przez ostatni tydzień. Faktycznie, oba miasta leżą niedaleko, na tyle niedaleko, że walcząc na zmianę z trzema nawigacjami samochodowymi (każda pokazywała co innego, a nieznajomość hebrajskiego nie pomagała) nawet się nie zorientowałem, że jesteśmy na miejscu. Nocleg mieliśmy w obrębie starego miasta, w arabskiej części koło Bramy Damasceńskiej. Zostawiliśmy samochód na parkingu i ruszyliśmy wąskimi uliczkami w poszukiwaniu hotelu przepychając się z walizkami między sprzedawcami wszystkiego. Mile nas zaskoczył, z zewnątrz starożytne ruiny, a w środku ładnie urządzony pensjonacik z tarasem na dachu oferującym wspaniały widok na całą starówkę. Pewnie nieprzypadkowo w centralnym oknie pysznił się meczet Al-Aksa.




Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Ściany Płaczu. Emilka biegała z aparatem, a ja z dziewczynkami za ręce ruszyliśmy w stronę ściany. Zatrzymał nas młody chłopak i z pewnym zawstydzeniem i zakłopotaniem zapytał, czy jest z nami mama dziewczynek. Przez chwilę nie wiedziałem o co mu chodzi, ale okazało się, że zmierzamy w stronę męskiej części i on prosi, jeżeli to możliwe, żeby dziewczynki poszły z mamą do części dla kobiet. Trochę było mi go szkoda, bo miałem wrażenie, że nawet jego krępuje to dziwactwo i odetchnął z ulgą, kiedy dołączyła do nas Emilka i zabrała dziewczynki. Nasze małe feministki były oburzone, w dodatku odkryły, że część dla kobiet jest odpowiednio mniejsza. Jestem pewien, że wnikliwe studia Pisma pozwoliły wyznaczyć precyzyjnie odpowiednie proporcje. Ja poszedłem do części męskiej obserwować ceremonię bar micwy jakiegoś chłopca o tyle ciekawą, że jego siostry, chcąc uczestniczyć w wydarzeniu, zwieszały się przez barierkę oddzielającą nasze segmenty. Widać więc, że powoli nadchodzi nowe, ale może zawsze obchodzono tak niewygodne zakazy.


Znaków, że Judaizm to religia pisma jest wiele (nie raz musieliśmy schodzić z drogi zaczytanemu ortodoksowi), podobały mi się otwarte półki z książkami po które można sięgać. Widać jednak, że nie silą się na uniwersalizm. Religia to nie tylko pismo, ale i język i wyznawca musi znać hebrajski. Książek innych niż hebrajskie na półkach się nie uświadczy, chociaż ulotki informacyjne mają w różnych językach. Koło mnie kipę zakładał katolicki zakonnik z Chin i od razu podszedł do niego jakiś rebbe witając go gorąco i wręczając ulotkę po chińsku. 



Powłóczyliśmy się po świętym mieście między straganami mijając kościoły, meczety i kolejne stacje drogi krzyżowej. Mieszanka sacrum i profanum, z przewagą drugiego szybko stała się męcząca. Trzy wielkie religie połączył bazar z tandetą.
Z ciekawostek w Bazylice Grobu Świętego widziałem rzucane karteczki z życzeniami do Boga widać dotarł tam zwyczaj ze Ściany Płaczu. Pewnie bliskość ułatwia mieszanie się zwyczajów, tylko muzułmanie trzymają się na dystans nie dopuszczając niewiernych do swoich najokazalszych meczetów. W każdym razie nam się nie udało.

Zmarzliśmy w Jerozolimie i z radością udaliśmy się na południe. Niby niedaleko, ale wskazania termometru konsekwentnie rosły gdy zbliżaliśmy się do Morza Martwego, a na samej plaży było jakieś 10 stopni więcej niż w Jerozolimie. Do tego stopnia zrobiło się ciepło, że z przyjemnością (mniejszą lub większą) zanurzyliśmy się w dość chłodnej wodzie. Ostrzegliśmy dzieci przed piciem wody i nalewaniem jej sobie do oczu, na szczęście dopiero w hotelu przeczytaliśmy, że zalanie oczu grozi czasową ślepotą, a kilka łyków wody może skończyć się śmiercią. Opis pewnie przesadzony, ale dobrze, że nie przeczytaliśmy tego wcześniej, bo pewnie ominęlibyśmy piekielny zbiornik szerokim łukiem. A tak mieliśmy frajdę unosząc się na wodzie jak na materacu. Fajne, ale na raz.

Później pojechaliśmy do Arad, głównie żeby zwiedzić największą atrakcję rejonu, starożytną twierdzę Masadę. Tam bardzo nam się podobało. Miasto jak miasto, nic specjalnego (dosłownie, nic), za to po wyjechaniu na pustynię w stronę Masady robi się pięknie. Surowe skalne widoki, pusta szosa wijąca się między górami, gra świateł, ciemne chmury nad horyzontem były wyjątkowo urokliwe. W oddali beduińskie wioski (tzn. slumsy ze szmat i blachy falistej, ale będąc świeżo po lekturze książek Smoleńskiego inaczej na nie patrzę) i sztuczne oazy. W ogóle te małe zwycięstwa człowieka nad naturą, w postaci urodzajnych gajów pośrodku pustynnego piasku zrobiły na mnie jak na razie największe wrażenie.

Sama wspinaczka na wzgórze z fortecą warta wysiłku, zwłaszcza dla widoków po drodze i z samego szczytu. A po powrocie świetna pizza w Kaparuszce, polecamy! Zdecydowanie bardziej niż lokalną wariację restauracji chińskiej, próbującej bez powodzenia łączyć sushi (do którego podają musztardę, a w każdym razie coś musztardę przypominającego), kuchnię syczuanu (smaczne, ale związku z syczuanem nie stwierdziliśmy), tajlandii (nie próbowaliśmy) i belgijskie gofry, a wszystko podlane miętową herbatą (dobra, ale nie tego się człowiek spodziewa w chińskiej knajpie). Jutro ruszamy nad morze czerwone wygrzać się na plaży i dać nurka.


Na górze cel



Morze Martwe i góry Jordanii

Schody znacząco ułatwiają podejście










niedziela, 27 sierpnia 2017

Gjirokastra, Durres i Tirana po raz drugi

Gjirokastra to kolejne z górskich miast Albanii na naszej trasie. Trudy krętej górskiej drogi, na szczęście niezbyt długiej, wynagrodziły widoki i miły, świeżo wyremonotwany pensjonat, w którym zamieszkaliśmy (polecamy: https://www.booking.com/hotel/al/bebej-tradicional.en-gb.html). Pan Maradona, właściciel, pokierował nas do zamku i dzięki niemu dowiedzieliśmy sie o skrócie przez tunel. Bez tej zachęty raczej nie weszlibyśmy w mroczną czeluść w skale. Po raz kolejny mogliśmy docenić górnicze zdolności Albańczyków idąc tunelem wykutym przez górę, którego zaskakująco sprawna naturalna wentylacja prawie urywała głowę. Miła odmiana po wspinaniu się w skwarze po śliskich i stromych uliczkach. Tunel zaprowadził nas do starej części miasta, gdzie zwiedziliśmy muzeum etnograficzne urządzone w domu rodzinnym Hodży. Teraz prowadzi do niego ulica Ismaila Kadare, który także tam się urodził i po śmierci satrapy jest najsłynniejszą żyjącą osobą pochodzącą z tego miasta. Jak to bywa w takich miejscach pamięć o kontrowersyjnym sąsiedzie trwa i na murach toczy się spór o prawidłową nazwę ulicy, uwidoczniony na jednym ze zdjęć poniżej. Dom urządzony jest w typowo albańskim stylu i pozornie nie eksponuje nadmiernie osoby dyktatora, jednak zwiedzając trudno zapomnieć kto się tam wychował. Równie ciekawy jest położony nieopodal dom w trochę starszym stylu sprzed trzystu lat. Na kolejny, ponoć równie interesujący, zabrakło nam już zapału i ruszyliśmy pod górę na zamek. Warto dla widoku, robi wrażenie. Do tego ciekawa wystawa różnych dział porzuconych przez Włoskich faszystów uciekających z miasta. Pamięć partyznckich walk wciąż jest silna i wydaje się, że nawet dziś w jakimś stopniu tworzy mit założycielski państwa, co nie przeszkadza jednak z radością witać włoskich turystów.
Z bardziej przyziemnych przyjemności udało nam się wreszcie spróbować tradycyjnych albańskich potraw (obecnie tradycję buduje głównie pizza, zwana swojsko pica) i pogłaskać kozę prowadzoną na postronku przez jednego z mieszkańców. Po tym sielskim wypoczynku następnego dnia ruszyliśmy ostatni raz nad morze.

Gdy poprzednim razem byliśmy w tej okolicy postanowiliśmy, trochę snobistycznie, ominąć najbardziej modny kurort i wylądowaliśmy w sąsiednim Golem. Na szczęście teraz brak innych opcji zmusił nas to zarezerwowania noclegu w Durres, dzięki czemu dowiedzieliśmy się jak wielki błąd popełniliśmy wcześniej. Durres oczarowało mnie do tego stopnia, że w brodę sobie plułem, że nie spędziliśmy tu pierwszych czterech dni, zamiast brodzić w śmieciach w Golem (gdzie jednak, oddać trzeba, plaża była w porządku, a morze cieplejsze) i pchać się na północ do Vielipoje (kompletne nieporozumienie). W Durres też są plaże, pewnie nawet ładniejsze od tej, na której wylądowaliśmy, ale największą atrakcją jest samo miasto. Tętniące życiem, z ulicami (przynajmniej niektórymi, żeby zachować obiektywizm), które byłyby ozdobą niejednego zachodnioeuropejskiego miasteczka i masą uroczych knajpek, barów i restauracji. A skręciwszy trochę w bok, w głąb plątaniny ulic, trafia się od razu w azjatyckie zaułki, gdzie do wieżowca przytula się mała, licha chatka, a na podwórkach między zaparkowanymi błyszczącymi mercedesami biegają brudne, bose dzieciaki. W takich kontrastach widać jak miasto rośnie, zmienia się i przekształca. W dodatku w historycznym Durres na każdym kroku historia miesza się z teraźniejszością. Koronnym przykładem jest antyczny amfiteatr obrośnięty blokami, prawie wchłonięty przez miasto. Część domów stoi wprost na ruinach. Można się oburzać, ale stojąc tam miałem poczucie ciągłości trwania miasta. Tak jak niedaleko oglądając stary hammam i pięćsetletnie tureckie mury kontrapunktowane cukerkową fasadą odnowionej (lub postawionej dopiero co, kto ich tam wie) klasycystycznej europejskiej kamienicy. W starych basztach urządza się knajpę przełużając w ten sposób użyteczność solidnych murów.

Durres zdobyło moje serce nie tylko architektoniczną brawurą, palmami przy drogach i poczuciem, że jestem w Saint-Tropez (gdzie nigdy zresztą nie byłem). Otóż tylu lodziarni ile tu jest przy jednej ulicy nie było w całej pozostałej Albanii, a co budka, to lepsze. W dodatku, co jest w tym wszystkim najlepsze, lody są śmiesznie tanie, tak jak kiedyś u nas, zanim lodziarze postanowili nadgonić cenowo zachodnią Europę. Tak, Durres jest miejscem, gdzie warto spędzić kilka dni. Nastrój, wystawiony na próbę przedłużającym się pobytem w Ksamil, z jego zatłoczonymi plażami (pierwsze dwa dni) i obciachowym krzywym deptakiem, poprawił mi się na tyle, że rozważałem, czy lepiej przeprowadzić się do Durres i dojeżdżać (autostradą!) do Tirany (do której również mam słabość), czy odwrotnie. Po ochłonięciu, to może jednak przesada, ale z chęcią wyskoczę kiedyś do Durres np. na majówkę.

Z albańskich ciekawostek zauważyłem powszechny zwyczaj budowania domów na raty. Każdy szanujący się Albańczyk wydaje się z optymizmem patrzeć w przyszłość i nigdy nie wykańcza dachu, tylko pozostawia sterczące w górę pręty zbrojeniowe mające dać w przyszłości zaczyn kolejnego piętra. Nawet kilkupiętrowe domy nie wyłamują się z tej tradycyji, co każe przypuszczać, że po kilkunastu latach turystycznej prosperity Albania pokryta będzie drapaczami chmur. Szczególnie jednak rozczulający jest taki widok na kompletnych ruderach, których mury na pierwszy rzut oka nie wytrzymałyby kolejnej kondygnacji.
Zanim jednak powstaną kolejne piętra praktyczni Albańczycy wykorzystują prowizoryczny dach jako taras, suszarnię lub wręcz stawiają na nim mały domek, drewniany lub murowany (ten pewnie w przyszłości zostanie od razu pokojem). Ten zwyczaj chętnie przeniósł bym na warszawskie blokowiska. Willa postawiona na dachu dwunastopiętrowca pokrytego trawą byłaby nie lada atrakcją. Coś jak dom na skale, ale z windą.

Inną ciekawostką są myjne samochodowe, które są wszędzie. Dzięki temu pierwszym albańskim słowem które poznałem było lavash. Wygląda na to, że kogo stać na wiadro i ścierkę zaraz otwiera taki biznes. Widocznie samochód, który można tu posiadać na własność od dopiero 26 lat wciąż stanowi fetysz i największy symbol luksusu, który wymaga nieustających pieszczot. Fakt, że zakurzyć samochód na tych drogach nietrudno.

Ten wpis powstaje w Tiranie, gdzie odwiedziliśmy stare kąty i odkryliśmy, że poprzedni hotel był co prawda urokliwy, ale hotel z basenem w tym klimacie jest jednak lepszy. Warto było przekroczyć budżet.

Górskie widoki w Gjirokastrze

Mało zachęcające wejście do tunelu-skrótu.

Szczęśliwie po drugiej stronie.

Nowoczesna część miasta.

Dom dyktatora, opisany bardziej przez graffiti niż znaki drogowe, kamuflujące go pod nazwą muzeum etnograficznego. Widać zmaganie z trudną przeszłością.

Tutaj widać to jeszcze wyraźniej. Można odszukać trzy wersje nazwy ulicy.

Też chcę być na jakimś zdjęciu :)

Charakterystyczne dachy domów (jeszcze sprzed mody na wieczną rozbudowę)

Szczyt zamku. Kopuła jest amfiteatrem na którym odbywają się festiwale folklorystyczne.




To już Durres - miasto wchłania antyczny amfiteatr. 

Jeden z głównych placów, dobre miejsce rozpoczęcia wędrówki.

Kilka kroków w bok z najbardziej uczęszczanych szlaków.

Jeżeli nie lubisz słodyczy, przyjdź tu. Jeżeli lubisz, zamieszkaj w okolicy. W obu przypadkach zamów lody.

Widok na rzeczony hammam. Odbudowany w 1980, wygląda jak przed wiekami.

Durres by night.

Księżyc i Jowisz nad molo.

To już Tirana. Jak będziecie na nowym targu (powyżej) szukacje lodów w małej budce po prawej stronie (lub w lodziarni z tyłu na lewo), nazywają się jakoś na "R", warto wziąć truskawkowe, nawet jak nie lubicie.

W Albanii podoba mi się to, że wystarczy wejść w jakąś przypadkową bramę, żeby znienacka natknąć się np. na niepozorny namiot cyrkowy, kompletnie niewidoczny z głównej ulicy.

Ktoś się naoglądał Mondriana.

czwartek, 24 sierpnia 2017

Południe Albanii. Trudna miłość...

Zaczęło się od Vlore. Drugie co do wielkości miasto portowe Albanii ma wyjątkowe położenie. To właśnie tutaj przebiega umowna granica pomiędzy Adriatykiem a Morzem Jońskim. Z ciekawostek: ze względu na bliskość Włoch Vlore było dawniej głównym ośrodkiem przemytniczym, a miasto opanowane było przez albańską mafię. Teraz jest bezpiecznie, a położenie na styku dwóch mórz sprawia, że można tu znaleźć i szerokie piaszczyste plaże z bardzo łagodnym zejściem i kamieniste, gdzie szybko robi się głęboko. Cieple morze, piaseczek, akceptowalna ilość ludzi, świetnie zorganizowana szeroka plaża i do tego całkiem przyjemne miasto. Dzieci doskonale szczęśliwe. Idealne wakacje, prawda? Ale ponieważ kobiety nigdy się nie zadowoli postanowiliśmy sobie polepszyć i ruszyliśmy na południe, do Ksamilu. Naczytalam się, że to albańska namiastka Karaibów, że najpiękniejsze plaże, że szmaragdowe morze itp. itd. No to pojechaliśmy. Najpierw zaskoczyła mnie nawigacja. 138 km. Bułka z masłem. Planowany przez google czas przejazdu 3,5 h! I tak faktycznie było. Droga prawie cały czas górska, szaleńczo kręta, z kiepską nawierzchnią, ale za to z pięknymi widokami. Generalnie górska Albania podoba nam się najbardziej...

Kiedy dotarliśmy dzieci marzyły tylko o kąpieli w morzu, więc pierwsze co zrobiliśmy to pognaliśmy na miejską plażę, którą mieliśmy 200 m od domu. Tam przeżyłam szok pierwszy. W życiu nie widziałam tak koszmarnie zatłoczonej plaży. Optymalizacja wykorzystania każdego centymetra piasku do upchnięcia jak najwiekszej ilości leżaków: level master. Leżaki ustawiono jeden przy drugim tak blisko, że nie było szans na przejście między nimi, a ich równe rzędy dociągnięto do lustra wody, więc bez szans na jakąkolwiek zabawę na piasku. Nie było nawet gdzie odłożyć zdjętych ubrań, bo naprawdę nie było ani kawalątka nie zagospodarowanego piachu. Oczywiście wszystkie leżaki zajete...

Nic to. Wykąpaliśmy się w pięknej turkusowej wodzie Morza Jońskiego (zauważalnie zimniejszej niż w Adriatyku), daliśmy się pogryźć po nogach ciekawskim rybkom, i ruszyliśmy na podbój miasta. I tu przeżyłam szok drugi. Poczułam się jak we Władysławowie. Polacy są tu absolutnie dominującą grupą turystów. Obsługa w sklepach komunikuje się po polsku, menu w restauracjach jest po polsku (że nie wspomnę o hitach menu takich jak rosół czy schabowy). Siedząc wieczorem na balkonie usłyszałam z oddalonej imprezowni "przez twe oczy zielone oszalałem". Czytałam ostatnio raport o najpopularniejszych kierunkach wakacyjnych wybieranych przez Polaków i Albanii tam nie było. Ktoś chyba popełnił błąd w tym raporcie.

Ksamil nas jakoś za serce nie złapał. Samo miasteczko jest dosyć paskudne, a okolice mogłyby być cudowne, gdyby nie były tak koszmarnie zatłoczone i zaśmiecone. Idąc za radą naszego gospodarza pojechaliśmy na oddalone o kilka kilometrów, rzekomo najlepsze plaże czyli Pema e Thate i Pulebardha. Obie są faktycznie urokliwe, a raczej byłyby urokliwe, gdyby nie wściekły tłum ludzi, taki sam jak na naszej plaży miejskiej. Pobyt w Ksamilu uratowala nam w końcu przyjemna plaża w hotelu Artur. Zdesperowana poszlam zapytać, czy możemy z niej skorzystać chociaż nie jesteśmy gośćmi hotelowymi i to był strzal w dziesiątkę. Wreszcie wolne leżaki, wreszcie dostepny pas piasku umożliwiający zabawę dzieciom. Wreszcie relaks a nie walka o życie. Jeśli kiedykolwiek jeszcze trafimy do Albanii na plażowanie udamy się w okolice Himare, gdzie było najspokojniej i najbardziej rajsko.

Do Ksamilu warto jednakowoż pojechać choćby po to, żeby zobaczyć starożytne miasto Butrint, wpisane na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Lekcja historii na żywo. Boli tylko to, z jak małym szacunkiem jest traktowane. Już przy wejściu dowiadujemy się, że zadowolenie gości jest najważniejsze, więc można wchodzić na zabytkowe obiekty, żeby strzelić sobie efektowne selfie. A jeśli nawet w którymś z obiektów jest to zabronione, to i tak nikt, ale to kompletnie NIKT tego nie przestrzega. Ciekawe kiedy się ockną... Swoją drogą my się nie popisaliśmy planując zwiedzanie Butrintu. Zamiast pojechać trzy km machnęliśmy 30 km przez góry objeżdżając jezioro po to, żeby na końcu z głupimi minami stwierdzić, że coś od złej strony zwiedzamy, bo wszystko jest na drugim brzegu:). Pozostało zatem przeprawić się promem i bez sensu zaplacić 5 euro. Za to powrót był już szybki.

Podobne refleksje odnośnie braku respektu dla jakichkolwiek zakazów mieliśmy koło wywierzyska Syri i Kalter nazywanego Blue Eye. To przepiękne źródło o głębokości ponad 50 m, z którego wypływa tworzący rzekę strumień wody. Nazwa Blue Eye pochodzi od błekitnego odcienia wody, która tworzy tu pierścień o ciemniejszym kolorze wewnątrz i jaśniejszym na zewnątrz, co przypomina niebieskie oko. Całe oko jest otoczone drewnianym ogrodzeniem, żeby zapobiec wchodzeniu przez turystów do wody. Co więcej, w kilku miejscach są tabliczki informujące o zakazie kąpieli, ale znowu: nikt nie zwraca na to uwagi. Woda ma wprawdzie 10 stopni, ale śmiałków skaczących z punktu widokowego "na główkę" prosto do wywierzyska nie brakuje. Mam wrażenie, że ignorowanie przepisów, zakazów i nakazów jest w Albanii sportem narodowym...


Droga z Wlore do Ksamil


 Okolice Ksamil


Plaża koło hotelu Artur. To jest ta mało zatłoczona, co daje wyobrażenie o tym, jak wyglądają zatłoczone...


 Wybrzeże koło Vlore


Starożytne miasto Butrint bardzo zaciekawiło dziewczynki



Widok na jezioro Butrint


Blue Eye


Śmiałek skaczący do lodowatego wywierzyska Blue Eye


Butrint. Na drugim brzegu jeziora.


  I kilka ujęć jeziora. Ładne było.