poniedziałek, 8 grudnia 2014

Sydney

Nareszcie znaleźliśmy w Australii miasto, w którym nam się naprawdę spodobało. Po tej pierwszej refleksji zastanowiłem się co sprawia, że miasto jest dla mnie atrakcyjne i jakie z tych cech Sydney posiada, a czego mu brakuje.
Przede wszystkim oczekuję, że przynajmniej centrum miasta będzie tętniło życiem. Sydney jest pierwszym miastem które odwiedziliśmy w Australii, gdzie w centrum nieustannie przelewa się strumień ludzi, jest kolorowo i gwarno, widać ruch, słychać hałas ulicy. Brakowało mi tego w innych tutejszych miastach, tam chciało mi się ziewać, tutaj czuję energię i daję się porwać pędowi. A przy tym wystarczy odejść niedaleko, w boczne uliczki, żeby odnaleźć spokój od tego zgiełku. Jest więc tak, jak być powinno.
Liczne kafejki, klimatyczne knajpki, ciekawe, różnorodne restauracje - wszystko to można w Sydney znaleźć, zwłaszcza na głównych ulicach centrum, ale i dalej nie jest najgorzej. Na minus zaliczam godziny otwarcia. Jest lepiej niż gdzie indziej w Australii, ale wciąż byliśmy niemile zaskakiwani szukając otwartego lokalu w niedzielę albo próbując usiąść w kawiarni dużej, fajnej księgarni, która okazała się już zamknięta, mimo, że sklep tętnił jeszcze życiem. Po godzinach lunchowych widać, że oferta jedzeniowa przerzedza się i trzeba uważać gdzie się wchodzi. Za to wybór kuchni jest duży i łatwo o smaczne jedzenie. Gorzej z dostępnością cenową, niestety jest drogo, zwłaszcza jak przyjedzie się z Azji. Poza tym jesteśmy z Polski przyzwyczajeni do tego, że w każdym lokalu jest toaleta. Tutaj nie jest to bynajmniej normą, rozwinięty jest za to system toalet publicznych. Też fajnie, ale zwykle oznacza to nerwowy bieg z dzieckiem w poszukiwaniu najbliższej.
Lubię wielokulturowość, nadaje miastu kolorytu, wzbogaca kuchnię i asortyment sklepów. W Sydney odnajdziemy zarówno dzielnicę chińską, jak i małą Tajlandię (Emilka wreszcie kupiła swój ulubiony sticky rice with mango), jest wiele restauracji i sklepów japońskich, a z poza wschodniej Azji widoczne są też inne mniejszości, kilka razy kupowaliśmy np. gozleme - pyszne tureckie placki z różnym nadzieniem, które przypominały nam początki naszej podróży.
Ciekawa architektura - niebanalne, niekoniecznie piękne, budynki nadają miastu ton i łamią monotonię. Sydney jest architektonicznie wystarczająco zróżnicowane, żeby nie było nudno, a od czasu do czasu trafiają się budynki wyjątkowo przyciągające uwagę. Nie piszę tu o gmachu opery, z którym akurat miałem tak jak z piramidami - na zdjęciach i filmach wyglądał jakby lepiej i trochę się rozczarowałem widząc go na żywo. Za to most nad zatoką w rzeczywistości jest równie imponujący, co na zdjęciach reklamowych.
Zieleń w mieście jest ważna i nie można na jej brak w Sydney narzekać. Są i dające cień drzewa i dość liczne parki, jest gdzie pobiegać, pojeździć na rowerze i poleżeć na trawie.
Pogoda - nie rozpieszcza nas. Owszem, jest ciepło, ale zbyt często niebo zasnuwa się ciemnymi chmurami i leje deszcz. Dobrze, że po jakimś czasie zawsze się rozpogadza i znów wychodzi słońce, ale brak przewidywalności i gwałtowne burze trochę przeszkadzają. W dodatku zimy są tu chyba mało przyjemne, ale tego nie będziemy sprawdzać.
Ważne są też liczne, dobrze zaopatrzone sklepy, a po prawdzie oceniam to po księgarniach. Tu w centrum znalazłem dwie odpowiednio wielkie, jestem więc zadowolony. Emilka zrobiła zakupy odzieżowe, więc i pod tym względem jest nieźle, w tym punkcie więc Sydney broni się znakomicie. Dużym minusem, w całej zresztą Australii, są zaporowe ceny owoców i tym samym słaba ich dostępność. Trochę dziwne w kraju, gdzie ziemi pod uprawę nie brakuje, a klimat sprzyja.
Z komunikacji miejskiej w zasadzie tu nie korzystamy, z małymi wyjątkami. Mieszkamy w niezłym punkcie i wszędzie chodzimy na piechotę, ale doceniamy darmowy autobus w centrum i fajnie zorganizowany ruch promowy. A zwłaszcza niedzielne promocje, kiedy za śmieszne 2.5 dolara od łebka (Laura gratis) kupuje się całodniowy bilet rodzinny na wszystkie środki transportu, w tym promy. Poza tym nie jest tanio, ale w niedzielę można poszaleć. Promy działają świetnie i zastanawiamy się, czemu na Wiśle nie dałoby się w ten sposób pomóc mieszkańcom Tarchomina, czy podwarszawskich miejscowości ulokowanych niedaleko rzeki.
Z dostępem do Internetu nie jest łatwo. Darmowe wi-fi w restauracjach prawie nie jest spotykane. Kupiliśmy kartę do komórki, ale limit transferu mocno nas ogranicza. W wielu miejscach można kupić dostęp do sieci, ale zawsze wychodzi drożej niż to co mamy w telefonie. Za to minus.
Na położenie Sydney nie może narzekać. Rzeka i ocean to plaże i możliwość kąpieli, przyjemny chłód od wody w lecie i ładne widoki. Miasto jest rozległe i zróżnicowane. Poza centrum są i przyjemne dzielnice z niską, relatywnie starą, klimatyczną zabudową, jak i przypominające bardziej warszawską Pragę alternatywne, lekko mroczne dzielnice, gdzie w ciemnych zaułkach wieczorem podnosi się trochę ciśnienie. Mieszkamy właśnie w takim miejscu i polubiłem je od pierwszego nocnego wyjścia w poszukiwaniu sklepu.

W moim prywatnym rankingu Sydney nie przebiło Singapuru, ale mógłbym tu trochę z radością pomieszkać, pod warunkiem jednak, że płaca rekompensowałaby różnice cenowe.

Jeden z fajnych budynków, dosłownie zielony, bo cały obrośnięty roślinnością.

Jeden z budynków tutejszej politechniki, ciekawie przykryta bryła.

O tym można powiedzieć, że jest niebanalny. Na tym określeniu poprzestanę.

Niesamowity budynek, poskładany z gotowych betonowych klocków. Doczytałem z ciekawości, że to komunalne mieszkania z lat 70-tych. Mają być wyburzone, ale lokatorzy mocno protestują. Na pewno zapada w pamięć i wywołuje wiele sprzecznych odczuć.

Poszliśmy na spacer sławnym mostem. 


Z góry widać operę...

... wraz z całą zatoką. Widać ogrom statku wycieczkowego stojącego w porcie. Codziennie jest to inny statek, zawsze równie wielki.

Opera raz jeszcze.

Po drugiej stronie zatoki jest masa pięknie położonych domów. Do pracy w centrum można pływać promem albo wodną taksówką.

Zbliżają się Święta i oczywiście można odczuć to na każdym kroku, tutaj jednak jest to wyjątkowo groteskowe. To, że Święta wypadają tu latem i trudno Europejczykowi poczuć klimat Gwiazdki, to banał, ale o dziwo zamiast stawić temu faktowi dzielnie czoła robią tutaj komiczne szpagaty starając się wbrew naturze zachować tradycje kolonizatorów. I tak zamiast ubrać Mikołaja w slipy i słomkowy kapelusz i posadzić z drinkiem na plaży, ubierają go w futra i sadzają na sanie. Co więcej, w sprzedaży są wełniane czerwone mikołajowe czapki i co jakiś czas widać ludzi z czymś takim na głowie. Jest +30 stopni, wygląda to więc komicznie. Tu i ówdzie widać życzenia "białych świąt", różne dekoracje ze sztucznym śniegiem, a szczytem komizmu była wielka szklana kula ustawiona w azjatyckim centrum handlowym gdzie chętnych posypywano sztucznym śniegiem przy dźwiękach melodii z Krainy Lodu. Dziewczynki były zachwycone, ale moim zdaniem powinni sprawę przemyśleć i zrobić małą rewolucję. W końcu w Betlejem śnieg też nie padał, całe to pomieszanie z poplątaniem jest więc bez sensu.

Oto śniegowa kula. W środku tata z dziećmi. 

Pan z obsługi, jak dowiedział się, że jesteśmy z Polski, kilka razy tłumaczył się, że śnieg jest sztuczny. W istocie, z maszyny leciały strzępki piany, całkiem niezła imitacja, nawet rozpuszczały się niemal jak zwykłe płatki. Ten na ziemi zrobiony był z jakiś kłaczków, w każdym razie była zabawa i nie musieliśmy marznąć.
 
Kuriozum. Biedny, spocony Mikołaj.

sobota, 6 grudnia 2014

Emergency! Evacuate now!!!

Około dziewiątej obudziły mnie syreny i powtarzany komunikat: "emergency, evacuate now!". Spanikowana obudziłam Marcina, a mój wyluzowany mąż, dla którego zakłócenie jego porannego wypoczynku jest zbrodnią największą, nieśpiesznie wyjrzał na balkon i stwierdził, że ten komunikat dobiega z zewnątrz budynku, nas nie dotyczy i możemy spokojnie spać dalej. Co też sam niezwłocznie uczynił. Ale komunikat nie dawał mi spokoju, więc ubrałam się i wyszłam na korytarz. Okazało się, że jak najbardziej dotyczy naszego budynku, drzwi sąsiadujących mieszkań są pootwierane, na korytarzu nie ma żywego ducha, za to zamknięte są drzwi przeciwpożarowe, a my jesteśmy odcięci od wyjścia. Nie muszę chyba tłumaczyć, że nieco się zdenerwowałam, wywaliłam z łóżka Marcina, zabraliśmy dzieci i zaczęliśmy szukać drogi wyjścia. Na szczęście zanim wpadłam w panikę na korytarzu pojawił się pan z administracji budynku i uspokoił nas, że straż pożarna już jest na miejscu, nie ma dalszego zagrożenia, a cały alarm został spowodowany czyimś spalonym tostem. Nie ma jak dobrze zacząć dzień!

Od dwóch dni jesteśmy w Sydney. I wreszcie jakieś australijskie miasto nas zachwyciło. Przewodnik pisze, że Sydney jest "splendid, sophisticated and sexy" i nie sposób się z nim nie zgodzić. Bardzo fajne architektonicznie, bardzo zielone, ładnie położone. Wreszcie dużo świetnych knajpek otwartych przez cały czas, więc nie trzeba głodować do 18, jeśli się nie zdążyło zjeść lunchu przed sjestą. Wygodne do spacerów z wózkami i, podobnie jak cała Australia, zamieszkałe przez przyjaznych, uśmiechniętych ludzi. Do tego jeszcze żadne miasto nie przywitało mnie w taki sposób:



Jak za najlepszych stambulskich czasów maszerujemy dzielnie z wózkami przez całe dnie podziwiając okolicę. Znowu ćwiczymy nadgarstki pchając wózki pod górę lub kurczowo je trzymając przy stromych zjazdach. Sydney jest bardzo łatwe do zwiedzania na piechotę jeśli chce się oglądać główne jego atrakcje, bo są one zlokalizowane bardzo blisko siebie. To robiliśmy wczoraj, a chwila odpoczynku na promie zaowocowała pięknymi widokami:










Dzisiaj postanowiliśmy utrudnić sobie życie i w poszukiwaniu zapomnianego na kempingu turystycznego nocnika dla dzieci (to jedyny dzieciowy gadżet jaki mamy ze sobą i nie wyobrażamy sobie bez niego tej podróży, bo "siusiu, nie wytrzymam!" pada zwykle w najmniej odpowiednim czasie, na przykład wewnątrz autokaru), zapuściliśmy się na piechtę do Bondi Junction. Ponad 7 km w jedną stronę, prawie cały czas pod górkę, a dziewczynki w wózkach swoje już ważą, do tego w ponad 30-stopniowym upale. Ale warto było. Bardzo fajna część miasta. Dużo starych (o ile w przypadku Australii można w ogóle mówić o starych), malowniczych domków, klimatyczne sklepiki z organiczną żywnością, urocze skwerki i fajne knajpki. A do tego pierwszy jaki znalazłam w Australii sklep z moimi ukochanymi kostiumami kąpielowymi Seafolly. Zatem mąż z dziećmi relaksowali się w knajpce a ja szalałam na zakupach.:)





W naszym prywatnym rankingu miejsc, w których chcielibyśmy zamieszkać Sydney wysforowało się na wysokie drugie miejsce. Singapur na razie pozostaje niezagrożony (nie bez znaczenia jest jego położenie, stamtąd jednak łatwiej jest wszędzie dojechać niż z położonej a końcu świata Australii), ale Sydney rzuca mocny urok i trudno będzie je opuścić.

Chociaż jest jedna rzecz, która mocno "zachęca" do opuszczenia i Sydney i całej Australii: ceny. Masakra! Drży mi ręka z portfelem, kiedy muszę płacić pięć dolarów za butelkę niegazowanej wody na stacji benzynowej. Jabłka po siedem dolarów za kilogram czy malutkie pudełeczko truskawek (jest sezon i to są miejscowe truskawki) za czternaście dolarów powodują, że włos mi się jeży. Kawałek ciabatty z szynką i serem kosztuje dziesięć dolarów, a śniadaniowy croissant sześć dolarów. Pizza kosztuje średnio dwadzieścia - dwadzieścia pięć dolarów. Trudno jest w ogóle znaleźć jakieś ciepłe danie poniżej dwudziestu dolarów. Wyjątkiem są jak zwykle tanie azjatyckie knajpki, tu zwykle z kuchnią malezyjsko-chińską, gdzie można zjeść za 10 dolarów w klimacie polskiej "wietnamskiej budki". Tutaj jednak szukamy innych klimatów.Przy kolejnych wypłatach z bankomatu pojawia się nam odruch ucieczkowy do cudownie taniej Azji.:) Ta ucieczka zresztą nastąpi już za parę dni. Wprawdzie na razie nie do Azji, a do Nowej Zelandii, ale stamtąd wracamy do Azji podreperować budżet.:)


środa, 3 grudnia 2014

I już w Brisbane

Oddaliśmy dzisiaj campervana zamykając tym samym znaczący etap naszej podróży. Przejechaliśmy klucząc wybrzeżem od Adelaide do Brisbane ponad 4500 km. Zobaczyliśmy cztery australijskie stany i przejechaliśmy przez trzy różne strefy czasowe, co czasem zabawnie komplikowało naszą podróż.
Wyznaczona trasa zmuszała nas do ciągłego bycia w drodze, nie mieliśmy czasu, żeby do syta napawać się poszczególnymi miejscami. Za to, dość powierzchownie, zobaczyliśmy spory kawałek tego ogromnego kraju. Turystyka w Australii to, poza pokonywaniem samochodami sporych odcinków, przede wszystkim piesze wycieczki. Wszędzie wyznaczane są szlaki, często na kilkugodzinne spacery. Podróżując z małymi dziećmi trzeba mieć świadomość, że duża część tych atrakcji będzie niedostępna. Niemniej jednak z samej drogi i punktów widokowych zobaczy się niemało.

Przez ostatnie dni droga wiodła nas przez Nową Południową Walię oraz przez kawałek Queensland. To najludniejsze tereny wyspy i czuje się tę różnicę. Kończą się puste po horyzont drogi, częściej jeździ się przez tereny zabudowane, tylko gęste lasy parków narodowych (bardzo w Australii licznych) dają namiastkę głuszy. Pojawiły się szpecące krajobraz billboardy (wiele do wynajęcia, widać, że tworzone są nowe, mam nadzieję, że jednak się nie przyjmą) i, co tu dużo mówić, otoczyła nas cywilizacja i trochę przestało nam się to podobać. Oczywiście wciąż jest ładnie, funkcjonalnie, czysto i estetycznie, ale to już nie to samo co na południu. Może też dochodzi do głosu pewien przesyt, do tej pory krajobrazy zmieniały się dynamicznie, co kilka dni inne miejsce, inny kraj, inny język i inni ludzie. Tutaj po przejechanych kilku tysiącach kilometrów wciąż w zasadzie to samo, zmiany są subtelne. Samo w sobie jest to ciekawym doświadczeniem dającym trochę pojęcie o ogromie tego kraju. Zwłaszcza, że jechaliśmy wybrzeżem, więc widok oceanu towarzyszył nam przez całą drogę. Pewnie podróż w głąb lądu przyniosłaby więcej różnorodności. Ten miesiąc rozbudził nasze apetyty na tego typu zwiedzanie, planujemy więc znowu odwiedzić Australię, przejechać ją wszerz i zobaczyć północ. Ale to za jakiś czas, w pierwszej kolejności wolelibyśmy pojeździć tak po Stanach. Doceniliśmy wolność jaką daje dom na kółkach w kraju ogromnych przestrzeni i dzikiej przyrody.

Puste plaże. Pogoda nie zachęcała do kąpieli, fale też nie.

Białe australijskie ibisy są wszędzie, dzioby przypominają kosy, trochę złowróżbne są te ponure ptaszyska (ale też bardzo fotogeniczne).

Takie miejsca lubimy. Płytka rzeka i ocean. Ale chyba się powtarzam.

Ptasi pinokio.

Znów się powtarzam, wiem.

To ciekawe urozmaicenie, oczko wodne z zieloną wodą. Masa ludzi skakała do niego z całkiem imponujących wysokości.

Emilka polubiła pelikany. Z wzajemnością, ten łaził za nią krok w krok.


Jestem wychowany w kulturze czytania i jak trafiam wzrokiem na napis, odruchowo go przyswajam, dlatego zapamiętam Australię jako kraj, który nieustannie do mnie przemawiał. Wiem, że już o tym pisałem w pierwszych wrażeniach, ale ponieważ odczucie to nie straciło na aktualności, a nawet przeciwnie, z czasem narastało, warto powtórzyć w swoistym podsumowaniu. Zwłaszcza, że pomysłowość stawiających znaki, wieszających kartki i tabliczki informacyjne nie przestaje mnie zadziwiać. Nie ma mowy o nużącej monotonii. Ten sam komunikat wyrażany jest za każdym razem w inny sposób, a to urozmaicenie nie pozwala na łatwe ignorowanie przekazu. Wiadomości przekazywane są obrazowo i dosadnie, i tak byłem pouczany: "zapnij pasy lub cierp w męczarniach", co trochę kłóciło mi się z podawaną kiedy indziej statystyką: "98% ludzi zapina pasy, a 35% śmiertelnych ofiar wypadków nie miało ich zapiętych" (proszę, jaki skuteczny komunikat, zapamiętałem te liczby). Do zapinania pasów zachęcano na wiele różnych sposobów. Także do częstych odpoczynków, dość zresztą ryzykownie: "Zmęczony? Zdrzemnij się natychmiast!", czy bardziej oględnie "Jedź, odpoczywaj, przeżyj". Podobnie z zachętami do ograniczania prędkości: "Każdy dodatkowy km/h zabija", czy, najbardziej dramatyczny jaki zapamiętałem, napisany odręcznie na kawałku dykty ustawionej przy drodze: "Do wszystkich! Zwolnijcie proszę". Zadziwiająco skuteczne wydało mi się pytanie, które często zadawały mi przydrożne tablice: "Jak szybko teraz jedziesz?", odruchowo zwalniałem nawet jak jechałem dużo poniżej limitu. We wstecznym lusterku widziałem wtedy za mną długi ogon grzecznych kierowców i zawsze przypominała mi się widziana na kempingu przyczepa, która miała na końcu napis "You are following the leader!". "Follow the leader!", wołałem więc radośnie do mojego ogona i z przyjemnością przestrzegałem rozsądnych australijskich przepisów.
Napisy informowały mnie też, że "Kradzież paliwa to przestępstwo bezwzględnie karane przez policję", lub pytały grzecznie: "Czy zapłaciłeś za paliwo?", w toalecie dowiadywałem się jak należy prawidłowo rozwijać papier z rolki (opuszkami palców, a nie paznokciami), zawsze wiedziałem co i w jakich godzinach można robić, a czego nie i zawsze żałowałem, że nie dokumentuję całej tej twórczości. Jestem jednak pewien, że ktoś już to zrobił i będę musiał poszukać, jak tylko będziemy mieli lepszy dostęp do sieci.

"Miło, że wpadłeś. Teraz nie garb się i zapnij pasy."


Niezmiennie też zaskakuje nas serdeczność i chęć niesienia pomocy tutejszych mieszkańców. Wczoraj na przykład jechaliśmy autobusem i zastanawialiśmy się gdzie wysiąść. Emilka, w potoku polskich słów, wymówiła angielską nazwę placu w centrum, a natychmiast para siedząca za nami, widząc chyba, że szukam tego miejsca na mapie w telefonie, powiedziała, że oni wysiadają przystanek wcześniej, więc powiedzą nam gdzie to jest. Ciągle spotykamy się z taką bezinteresowną życzliwością, a ponieważ ulubioną odpowiedzią Australijczyków jest "no worries" dobrze się tu czujemy.

Co z widoków, poza oceanem, plażami, klifami, dzikim lasem deszczowym, bezkresnymi krajobrazami zapamiętam z Australii? Tutejsze niebo, w zadziwiający sposób inne od tego jakie znałem. Bardziej niebieskie, wyglądające na większe, bo nie zasłonięte wysoką zabudową i nie ograniczone mgłą, czy smogiem, z pięknymi chmurami zawieszonymi jakby niżej niż w Polsce, a przez to bardziej trójwymiarowymi, plastycznymi. Trudno to opisać, ale z przyjemnością przyglądam się niebu, i czystemu niebieskiemu, i zaciągniętemu burzowymi chmurami, czy kłębiastymi obłoczkami. A nocą wpatruję się z zachwytem w rozgwieżdżone czarne niebo, południowo obce, ale zachwycające widocznością wzmacnianą czystym powietrzem i niezakłócaną zbędnym oświetleniem. Ciepłe noce zachęcają do zadzierania głowy i zamierania z otwartymi ustami.

Niebo jest prawdziwym bohaterem tego zdjęcia.


Czy chciałbym zamieszkać w Australii? Myślę, że mógłbym przez jakiś czas. Jestem przekonany, że żyje się tu dobrze i spokojnie. Chyba jednak trochę zbyt spokojnie. Mam dziwne wrażenie oddalenia od całego świata, swoistej enklawy luksusu stworzonej na uboczu, ale też pogrążonej w pewnym marazmie. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to tylko moje powierzchowne spostrzeżenia, czy raczej jakieś intuicje i przeczucia, ale nawet w Brisbane, które na razie spodobało nam się najbardziej (Sydney przed nami) widziałem tylko leniwy klimat wakacji, a nie tętniącą życiem metropolię. Pewnie fajnie na jakiś czas, ale trochę chciało mi się ziewać. Nie tego chyba oczekuję po centrum miasta. Być może w Sydney będzie inaczej.

Wygląda jak domek z piernika albo makieta. A to tylko widok z ratuszowej wieży. Uroczy budynek.

Brisbane prawdziwie leży nad rzeką, wręcz się nad nią wyleguje.


Popłynęliśmy takim promem, żeby zobaczyć miasto z wody.

Robi wrażenie.




Taki rodzaj całodniowego "targu śniadaniowego", co środę w Brisbane. 



poniedziałek, 1 grudnia 2014

Urodziny Laury

Trzy lata temu o trzeciej w nocy obudziłam się ze świadomością, że czas jechać do szpitala. Kilka godzin później była już z nami. Malutkie, czerwone zawiniątko z czarnymi włoskami i krzyczącą buzią. Od początku szalenie energiczna i zawsze umiejąca postawić na swoim. Często niekoniecznie zgodnie z zamierzeniami rodziców:). Bardzo odważna i zdecydowana. Najmniejsza na placu zabaw zjeżdżała z największej zjeżdżalni. Zawsze w biegu. Szybko pokazała nam, że jeśli mówi nie, to nie ma sensu Jej przekonywać, bo nie znaczy nie. Samodzielna ale wpatrzona w starszą siostrę. Postanowiła nawet szybciej urosnąć, żeby być taka duża jak Kalinka.  Włoski zjaśniały i teraz często biorą je za bliźniaczki. Tylko ciemne wielkie oczy zostały.
Wie, że najwyższy budynek świata jest w Dubaju, a podziemne miasta w Kapadocji. Latała helikopterem i karmiła słonie.  Wie, że malutka jaszczurka to gekon i z zapałem uczy się angielskich słówek. Jestem z niej strasznie dumna.

Wszystkiego najlepszego Córeczko!

Nasza solenizantka.

Staraliśmy się znaleźć jakieś spektakularne miejsce na nasze skromne przyjęcie.

Ukochana Peppa była na sukience i na torcie. Wiwat globalizacja, Peppa jest wszędzie.

Dmuchanie świeczek nie do końca wyszło z powodu silnego wiatru. Na szczęście 3 ze sztucznych ogni paliło się ładnie.

Mam 3 lata, hurra!

Kroimy...

... i zjadamy.

Uffff.

Dumna trzylatka.