niedziela, 10 lipca 2016

Bryce Canyon i Zion

Do widoków Bryce Canyon przygotował nas już trochę Red Canyon, ale i tak byliśmy pod ogromnym wrażeniem. Szczerze mówiąc podobało nam się bardziej niż nad Wielkim Kanionem i jeżeli miałbym do wyboru tylko jeden z tych parków zdecydowanie pojechałbym do Bryce. Niesamowite formacje skalne sprawiają, że krajobraz nie jest monotonny i z każdego miejsca wygląda inaczej. Trzeba przyznać, że niebagatelną rolę w tym pozytywnym odbiorze odgrywał uroczy kemping, o którym pisaliśmy poprzednim razem, inny niż wszystkie pozostałe, i mniejsza liczba zwiedzających. Wygodny system autobusów wahadłowych dowożących na atrakcyjne miejsca pozwala na łatwe zwiedzanie. Trzeba tylko dobrze zapamiętać miejsce pozostawienia samochodu, bo straciliśmy trochę czasu błąkając się od jednego do drugiego parkingu.
Po dość szybkim zwiedzeniu Bryce, co jeżeli nie planuje się schodzenia po stromych szlakach nie jest trudne, ponieważ teren parku nie jest bardzo rozległy, pojechaliśmy w stronę Zion Canyon, którym przewodniki zgodnie się zachwycają nazywając najlepszym parkiem Utah. Podążając za tą rekomendacją chcieliśmy zostawić sobie na niego trochę więcej czasu. Po drodze zboczyliśmy trochę z trasy żeby wspiąć się camperem na ponad 3000 metrów i podziwiać kolejne formacje skalne, tym razem Cedar Breaks National Monument. Widoki bardzo ładne, ale jeszcze większe wrażenia sprawił na mnie na wpół uschnięty las porastający wzgórza (skutek żarłoczności małego robaczka, który mniej więcej raz na 200 lat namnaża się tak skutecznie, że zjada większość okolicznych drzew - potem ich populacja się odradza i tak w kółko). Zieleń pomieszana z szarością na tle intensywnie niebieskiego nieba, a do tego czerwień skał robiły wrażenie. Czuło się też wyraźnie chłód spowodowany wysokością, co było miłą odmianą od upału dolin.
Znowu jechaliśmy w ciemno, co od tej pory weszło nam już w nawyk, zwłaszcza że prywatnych kempingów jest sporo i zwykle bez problemu można znaleźć na nich miejsce. Tym razem musieliśmy posiłkować się nawigacją i szczęśliwie złapanym na trasie internetem (zasięg sieci jest dla mnie dużym rozczarowaniem, generalnie na trasie często nie było nawet możliwości dzwonienia, a internet jeżeli się pojawiał to w odmianie tak wolnej, że praktycznie bezużytecznej; także internet oferowany na kempingach rzadko do czegoś się nadawał, z czego zresztą wynika częstotliwość naszych wpisów), dzięki czemu trafiliśmy na najbliższy chyba parku prywatny kemping, zorganizowany chyba w przydomowym ogródku (ale bardzo sympatyczny, ze wszystkimi wygodami i niespodziewanie dobrym internetem - szczęśliwie załapaliśmy się na ostatnie miejsce).
Następny dzień rozpoczęliśmy od szybkiego objechania Kolob Canyon - ale można sobie to spokojnie darować - i udaliśmy się do przedostatniego dużego celu naszej podróży: Zion Canyon.
W samym parku nie było wolnych miejsc kempingowych, dlatego zatrzymaliśmy się na nocleg na prywatnym kempingu niedaleko parku. Ten był chyba najdroższy z odwiedzonych przez nas, ale najbardziej luksusowy. Nie brakowało tam niczego i spędziliśmy wygodnie dwa dni.
Jeżeli chodzi o sam park, to niestety był dla nas pewnym rozczarowaniem. Może za bardzo nastawiliśmy się przeczytanymi pochwałami, może pogoda w pełni nie dopisała (po bezchmurnych dniach niebo co i rusz zasnuwało się chmurami i mieliśmy wrażenie, że ściga nas wciąż ta sama burza). Szmaragdowe jeziorka, do których udało nam się dojść okazały się być szaroburymi kałużami (faktycznie, jak później doczytałem, właściwego koloru nabierają tylko czasami), na szczęście po drodze zmoczył nas mały wodospad, więc dzieci były zadowolone. Dalej uznaliśmy, że szlak jest zbyt trudny dla dzieciaków, więc zawróciliśmy. Buty do chodzenia po strumieniach które wcześniej nadgorliwie kupiliśmy nie przydały się specjalnie, chociaż dzieci założyły je do pluskania się w strumieniu. I to był najmilszy moment pobytu w Zion, bo strumień był przyjemnie chłodny i dawał ukojenie od upału. Objechaliśmy później cały park próbując spacerować tu i ówdzie, ale niestety najbardziej atrakcyjne szlaki są długie lub trudne (a najczęściej to i to), nie do końca nadają się więc dla dzieciaków. Może jest to tylko wymówka leniwych rodziców, w każdym razie widoki, po wcześniejszych, nie zachwycały aż tak bardzo i miałem wrażenie, że niejednokrotnie po drodze, w "szczerym polu", widzieliśmy nie gorsze. Jednym słowem Zion Canyon nie sprostał w naszych oczach rozbudzonym oczekiwaniom i Bryce pozostał zdecydowanym faworytem.

Najpierw widoki z Zion National Park


Woda (z dołu i z góry) sprawiała najwięcej radości


Szmaragdowe jeziorka... Hmmm.


To już Bryce, nasz parkowy faworyt.
 













piątek, 1 lipca 2016

Kłopoty to moja specjalność

Akt 1 (początek podróży)

- "Emi, drzwi można zamykać wciskając przycisk w drzwiach".
- "Tak, te do części dziennej też się tak da".
- "Niebezpieczna funkcja, zatrzasnąłem tak kiedyś kluczyki w środku. Pewnie też się to nam przytrafi."
- "Ha, ha!"



Akt 2 (parking przy kanionie Bryce)

- "Czekaj, jeszcze muszę zabrać aparat i lornetkę. No dobra, mam wszystko".
Emi trzaska drzwiami. Ja zakładam plecak i obwieszam się aparatem, lornetką.
- "Marcin, wziąłeś kluczyki?"
- "Hmmm..." (...)
- "NIE! Kurwa!, zostały w stacyjce..." (Emi, zerkając przez okno)

Staliśmy z głupimi minami przy zamkniętym na cztery spusty camperze. Nie był to najweselszy moment naszej podróży. Co prawda pieniądze i telefon mieliśmy ze sobą, ale cała reszta została zatrzaśnięta. Drzwi trzymały mocno, wszystkie schowki były zamknięte. Zastanawiałem się który zamek najłatwiej wyłamać i którędy dostać się do środka. Próbowałem przypomnieć sobie, czy przez dolny schowek można dostać się pod łóżko, gdy nagle coś mnie tknęło i odtworzyłem sobie w myślach naszą niedawną rozmowę.
- "Okno - mówiłaś, że jest uchylone!"
- "Zamknęłam przed wyjściem"

Mimo to postanowiłem sprawdzić. Dało się otworzyć! Tylko ciasno i wysoko... Teraz przydało się dziecko. Laura, mały włamywacz, ze śmiechem dała wsadzić się przez małe okienko do środka, a potem dzielnie odnalazła klamkę i otworzyła drzwi. Byliśmy uratowani, a mała bohaterka dostała w nagrodę wybrany przez siebie zestaw pluszaków.

Koniec z lenistwem, od teraz drzwi zamykamy kluczykiem.




Wrażenia z drogi, koralowe wydmy i Red Canyon

Za nami już ponad 1000 mil, pora więc na małe podsumowanie dotychczasowych wrażeń. Tym razem głównie zza kierownicy.
Z ciekawostek: wszędzie na poboczu widzę skrawki pękniętych opon. Poza tym brak innych śmieci, może dlatego, że regularnie pojawiają się napisy informujące o $1000 kary za zanieczyszczanie drogi. Fragmenty ogumienia najwyraźniej się nie klasyfikują. Może to memento dla kierowców? Inna ciekawostka: specjalność Kalifornii to wysokość kar za różne przewinienia wyrażana absurdalnymi kwotami, typu "nie mniej niż $137". Pewnie ma to związek z podawaniem cen netto (okrągłe kwoty) i doliczaniem podatków do kwoty ostatecznej, co powoduje, że nieustannie trzeba szukać idiotycznych końcówek. Miedziaki są w ciągłym użyciu. Niebywałe utrudnianie sobie życia.
Inny kalifornijski konik to, chyba nowy, przepis nakazujący wywieszanie napisów informujących o sprzedaży produktów powodujących raka, bezpłodność i inne nieszczęścia. Ponieważ substancje określone jako niebezpieczne znajdują się prawie wszędzie, napisy takie widać nie tylko w każdym sklepie spożywczym, ale i w salonie z telefonami. Patrząc na wiszące przede mną groźne ostrzeżenie z pewną podejrzliwością obracałem w palcach zakupioną kartę sim przed włożeniem jej do komórki. Powszechność takich ostrzeżeń zabija całą ideę w zarodku.

Przeczytałem, że nowoczesna sieć dróg powstawała po wojnie, głównie do lat 70-tych na bazie kompleksów których Amerykanie nabawili się w hitlerowskich Niemczech. Jeżeli chodzi o siatkę połączeń, to jest świetnie. Nad jakością nawierzchni jeszcze można popracować, ale wrażenia ze spokojnej jazdy camperem są bardzo pozytywne. Podoba mi się brak zadęcia, nasypów, rozbudowanych estakad, czy dźwiękoszczelnych ekranów eliminujących wszelkie widoki. Na amerykańskiej drodze, czy to stanowej, czy autostradzie człowiek czuje się zanurzonym w mijany krajobraz. Zjazdy z autostrad i włączanie się do ruchu są naturalne i pozbawione niepotrzebnych utrudnień. Mijane widoki nie pozwalają na nudę. Poza pustynnymi odcinkami, gdzie monotonia krajobrazu trochę nużyła zauważyłem, że mam dużo frajdy z obserwowania mijanego świata i nawet długa droga pokonywana zdecydowanie poniżej dopuszczalnej prędkości nie męczy. I tu pora na podsumowanie dotychczas przejechanych stanów, bo mam już zdecydowanego faworyta.
Południowa Kalifornia - po zjechaniu z gór bezlitosna pustynia, piach, skały i upał.
Arizona - prawdziwy Dziki Zachód. Czerwony piasek, skały, przewyższenia, wciąż upał. Dokucza hulający wiatr, mocno odczuwalny dla wysokiego campera, sprawiający, że jazda autostradą przestaje być przyjemnością i zaczyna wymagać wytężonej uwagi.
Utah - zdecydowany faworyt. Wciąż pojawia się czerwień Arizony i westernowe atrakcje, ale do tego soczysta zieleń lasów, błękitne niebo, malownicze chmury, a nawet deszcz i burze. W skałach czerwień miesza się z bielą dając niezwykłe odcienie. Do tego bardziej zadbane miasteczka, mniej przydrożnej biedy i znośne temperatury (grają tu pewną rolę zmiany wysokości), po Utah podróżuje się bardzo przyjemnie.

Ponieważ program mamy jak zwykle dość napięty rzadko pozwalamy sobie na zbaczanie z trasy, ale jak po raz drugi zobaczyliśmy drogowskaz na "różowe wydmy", zdecydowaliśmy się nadłożyć drogi i dać się dzieciom wyszaleć w piachu. Warto było. Ku pewnemu rozczarowaniu dziewczynek róż był dość umowny, za to faktura była bez zarzutu, a po uiszczeniu drobnej opłaty (w parkach stanowych nasza karta "America the beautiful" nie działa) można było biegać po nim do woli. Rewelacja, drobniutki i miękki dał nam dużo radości.

Po piaskowych szaleństwach kontynuowaliśmy jazdę do Bryce kanionu. Nietypowo, bo w ciemno. Wszystkie miejsca na parkowym campingu były zajęte i liczyliśmy na znalezienie czegoś po drodze. Znów Utah zapunktowało, bo trafiliśmy na najbardziej uroczy z dotychczas odwiedzonych w Stanach campingów. Ukryty w lesie, w pełni samoobsługowy (pieniądze wkładało się do koperty), z pięknym widokiem na skały. I ten zapach drzew, przypominający trochę lasy Sequoia parku (nie pamiętam, czy o tym pisaliśmy, ale zapachu tamtego lasu długo nie zapomnę - już chwilę po pierwszym wyjściu z campera zazdrościłem pracy tamtejszym Rangersom). Mój spokój burzyły trochę ostrzeżenia przed skorpionami i grzechotnikami, ale to chyba taki sam koloryt jak w Australii, gdzie mimo ostrzeżeń przez ponad 3 tygodnie nie spotkaliśmy żadnego niebezpiecznego zwierza. Patrząc na niesamowite formacje czerwonych skał za oknem campera przygotowaliśmy się do zwiedzania Bryce następnego dnia.

"Coral Pink Sand Dunes State Park"



Po suchej pustyni pierwszą burzę powitaliśmy z pewną ulgą.

I już zbliżamy się do uroczego campingu czerwonego kanionu (chociaż jeszcze tego nie wiemy) 

Seria widoków dających przedsmak następnego dnia. I to wszystko prawie tak widać z naszego miejsca kempingowego.





Kanion Antylopy

Wyprawa do kanionu Antylopy rozpoczęła się nerwowo, ponieważ zakładając, że wszystkie wycieczki na pewno odchodzą z najbardziej oznaczonego miejsca (plemię Navajo ma monopol na to miejsce i wszystkie wycieczki trzeba rezerwować u nich) przybyliśmy tam w ostatniej chwili, żeby dowiedzieć się, że nasz samochód czeka zupełnie gdzie indziej. Połączone było to z machnięciem ręką sugerującym daleki dystans, popędziłem więc po samochód i ruszyliśmy w dół ulicy, żeby przekonać się po chwili błądzenia, że tak naprawdę wystarczyło przejść na drugą stronę ulicy. Udało się zdążyć w ostatniej chwili, ale oczywiście organizatorzy też mieli małą obsuwę, więc ostatecznie zgrzani od biegu siedzieliśmy dobrych parę minut czekając na kierowcę.

Podróż dostarczyła większych wrażeń niż sam kanion (terenowy samochód, otwarta paka, pustynia i kierowca próbujący nadrobić opóźnienie), którego główną atrakcją jest niezwykła fotogeniczność. Poza tym, że rewelacyjnie wychodzi na zdjęciach trudno coś więcej o nim napisać. Może tylko, że ma na sumieniu trochę ofiar śmiertelnych pechowców, którzy trafili tam na nagłe powodzie. Przewodnicy rozumieją specyfikę miejsca i cały czas poświęcają na pomaganie w robieniu zdjęć, skupiając się zwłaszcza na młodych dziewczętach, które uroczo prężąc się do obiektywów skutecznie narzucają żółwie tempo wycieczki. W środku jest dość ciemno, więc najlepsze zdjęcia i tak wychodzą na obu końcach kanionu. Podsumowując, można oszczędzić trochę pieniędzy ograniczając się do obejrzenia dobrych zdjęć (niekoniecznie tych poniżej :). Bardziej podobało nam się na ogólnie dostępnym Horseshoe Band, do którego prowadzi niewielki spacer zapowiadany groźnymi tablicami o ekstremalnych warunkach, konieczności zabrania ze sobą cysterny wody i traperskich butów. Buty przydają się głównie tym śmiałkom, którzy z iPhonami w rękach, niebezpiecznie wychyleni na krawędzi przepaści, pozują do efektownego selfi.

Zaliczywszy kolejny punkt wycieczki opuściliśmy brzegi przyjemnego jeziora Arizony i ruszyliśmy na północ do kolejnego stanu. Naszym następnym celem jest kanion Bryce.











To już ostrzeżenia przed wyprawą na Horseshoe. W naszym przypadku mocno przesadzone, wybraliśmy się bowiem podziwiać zachód słońca i od  ekstremalnych 44 stopni zdążyło się trochę schłodzić.




Wreszcie udało mi się podziwiać rozgwieżdżone niebo bez nadmiaru rozpraszających świateł kempingu. Dzieci w końcu zobaczyły porządną Drogę Mleczną (nad fotografią astro muszę jeszcze popracować :)


Wielkie wrażenia z Wielkiego Kanionu.

Droga i nocleg na pustyni Mojave okazały się prawdziwym wyzwaniem. Temperatura w dzień przekraczała 46 stopni, a w nocy spadła do 33. Klimatyzacja nie dawała rady, a każde wyjście na zewnątrz było związane z odczuciami dalekimi od komfortu termicznego:). Dotarliśmy na Południową Krawędź Wielkiego Kanionu w piątkowy poranek, z planem pozostania przez dwa dni, ale ułatwienia w zwiedzaniu parku są tak duże, że w zasadzie można go zwiedzić w jeden dłuuuugi dzień (a przynajmniej popatrzeć na kanion ze wszystkich punktów widokowych, bo zejście na dół kanionu z dwójką dzieci było poza zasięgiem naszych możliwości). Poza tym oczywiście okazało się, że na żadnym kempingu nie ma już miejsc, a my mieliśmy rezerwację tylko na jedną noc. Chcąc nie chcąc musieliśmy ruszyć z kopyta. Własnym autem daje się dojechać na prawie wszystkie punkty widokowe w kierunku wschodnim, położone przy 41 - kilometrowej Desert View Drive. Natomiast drogą na zachód od Grand Canyon Village, do Hermit's Rest, oraz krótkim odcinkiem do Yaki Point w sezonie mogą poruszać się wyłącznie autobusy wahadłowe. Jeżdżą mniej więcej co dziesięć minut i stanowią bardzo wygodną alternatywę, eliminując kłopoty z parkowaniem. A że takie kłopoty faktycznie tam występują zobaczyliśmy w sobotę, podczas wyjazdu z parku. W ciągu tygodnia oczywiście turystów jest bardzo dużo, ale zdarzało nam się być samym na niektórych punktach widokowych, a z zaparkowaniem naszego niemałego samochodu nie mieliśmy żadnych problemów. W sobotę Desert View Drive ciągnął się sznur samochodów, a parkingi pękały w szwach. Polecamy zatem zwiedzanie w ciągu tygodnia. I mimo znakomitej lokalizacji nie polecamy kempingu Yavapai Lodge (Trailer Village RV Park). Jest jakiś taki nieprzyjemny, bez klimatu, a do najbliższego prysznica jest naprawdę daleko.

A pierwsze wrażenie z samego kanionu? Żadne oglądane wcześniej fotografie czy filmy nie były w stanie przygotować mnie na taki ogrom. Gigantyczną przepaść o szerokości od 6 do 29 km i głębokości ponad 1,5 km wypełnia bezkresna przestrzeń o oszałamiających kształtach i kolorach. Człowiek czuje się tutaj naprawdę mały i bezsilny. A kolejne punkty widokowe oferują obrazy zmieniające się jak w kalejdoskopie.

Zdjęcia satelitarne pokazują, że rzeka Kolorado biegnie przez sam środek ogromnego wzgórza. Formacji skalnych z piaskowca i wapienia tak naprawdę nie wyżłobiła rzeka. Powstały na skutek erozji spowodowanej wiatrem i cyklami naprzemiennie bardzo wysokich i niskich temperatur. Obecnie, z wyjątkiem rezerwatów indiańskich, kanion w całości stanowi obiekt turystyczny, chociaż jeszcze w latach sześćdziesiątych planowano postawić zaporę wodną na rzece Kolorado i zatopić ponad 200 km kanionu. Z planów zrezygnowano, ale tama w Glen Canyon, w górze rzeki, poważnie naruszyła równowagę ekologiczną regionu.

Po obejrzeniu Wielkiego Kanionu, trochę przez przypadek znaleźliśmy się właśnie w okolicach tej tamy, nad jeziorem Powella. Planowaliśmy obejrzeć Kanion Antylopy i Horse Shoe Band, ale na kempingach prowadzonych przez Navajo oczywiście nie było już żadnych miejsc i wylądowaliśmy w Wahweap Marina. Przedziwne miejsce. Budowa tamy zamieniła rwącą rzekę w spokojne, turkusowe jezioro otoczone gładkimi pomarańczowymi skałami i piaskowcowymi ostańcami. Surrealistyczny krajobraz. Jezioro stanowi teraz miejsce relaksu dla motorowodniaków i wędkarzy. Kiedy się w nim kąpaliśmy na płyciźnie przemknęła koło mnie mniej więcej metrowa ryba! Niezależnie od protestów ekologów i antropologów (na skutek budowy tamy pod wodą znalazły się historyczne piktogramy) muszę przyznać, że z perspektywy turysty to bardzo przyjemne miejsce. Woda ma fantastyczną temperaturę i daje wytchnienie od panującego 45-stopniowego upału. Po relaksie w wodzie zamierzamy wyruszyć na fotograficzne łowy do Kanionu Antylopy.

Zboczyliśmy trochę z trasy, żeby przejechać się historyczną Route 66. Niestety, Orliński miał rację, Route 66 nie istnieje. Wytrzęsło nas niemiłosiernie, z ulgą wróciliśmy na asfalt autostrady.














Wielka tama...

... i jej efekt.