piątek, 1 lipca 2016

Wielkie wrażenia z Wielkiego Kanionu.

Droga i nocleg na pustyni Mojave okazały się prawdziwym wyzwaniem. Temperatura w dzień przekraczała 46 stopni, a w nocy spadła do 33. Klimatyzacja nie dawała rady, a każde wyjście na zewnątrz było związane z odczuciami dalekimi od komfortu termicznego:). Dotarliśmy na Południową Krawędź Wielkiego Kanionu w piątkowy poranek, z planem pozostania przez dwa dni, ale ułatwienia w zwiedzaniu parku są tak duże, że w zasadzie można go zwiedzić w jeden dłuuuugi dzień (a przynajmniej popatrzeć na kanion ze wszystkich punktów widokowych, bo zejście na dół kanionu z dwójką dzieci było poza zasięgiem naszych możliwości). Poza tym oczywiście okazało się, że na żadnym kempingu nie ma już miejsc, a my mieliśmy rezerwację tylko na jedną noc. Chcąc nie chcąc musieliśmy ruszyć z kopyta. Własnym autem daje się dojechać na prawie wszystkie punkty widokowe w kierunku wschodnim, położone przy 41 - kilometrowej Desert View Drive. Natomiast drogą na zachód od Grand Canyon Village, do Hermit's Rest, oraz krótkim odcinkiem do Yaki Point w sezonie mogą poruszać się wyłącznie autobusy wahadłowe. Jeżdżą mniej więcej co dziesięć minut i stanowią bardzo wygodną alternatywę, eliminując kłopoty z parkowaniem. A że takie kłopoty faktycznie tam występują zobaczyliśmy w sobotę, podczas wyjazdu z parku. W ciągu tygodnia oczywiście turystów jest bardzo dużo, ale zdarzało nam się być samym na niektórych punktach widokowych, a z zaparkowaniem naszego niemałego samochodu nie mieliśmy żadnych problemów. W sobotę Desert View Drive ciągnął się sznur samochodów, a parkingi pękały w szwach. Polecamy zatem zwiedzanie w ciągu tygodnia. I mimo znakomitej lokalizacji nie polecamy kempingu Yavapai Lodge (Trailer Village RV Park). Jest jakiś taki nieprzyjemny, bez klimatu, a do najbliższego prysznica jest naprawdę daleko.

A pierwsze wrażenie z samego kanionu? Żadne oglądane wcześniej fotografie czy filmy nie były w stanie przygotować mnie na taki ogrom. Gigantyczną przepaść o szerokości od 6 do 29 km i głębokości ponad 1,5 km wypełnia bezkresna przestrzeń o oszałamiających kształtach i kolorach. Człowiek czuje się tutaj naprawdę mały i bezsilny. A kolejne punkty widokowe oferują obrazy zmieniające się jak w kalejdoskopie.

Zdjęcia satelitarne pokazują, że rzeka Kolorado biegnie przez sam środek ogromnego wzgórza. Formacji skalnych z piaskowca i wapienia tak naprawdę nie wyżłobiła rzeka. Powstały na skutek erozji spowodowanej wiatrem i cyklami naprzemiennie bardzo wysokich i niskich temperatur. Obecnie, z wyjątkiem rezerwatów indiańskich, kanion w całości stanowi obiekt turystyczny, chociaż jeszcze w latach sześćdziesiątych planowano postawić zaporę wodną na rzece Kolorado i zatopić ponad 200 km kanionu. Z planów zrezygnowano, ale tama w Glen Canyon, w górze rzeki, poważnie naruszyła równowagę ekologiczną regionu.

Po obejrzeniu Wielkiego Kanionu, trochę przez przypadek znaleźliśmy się właśnie w okolicach tej tamy, nad jeziorem Powella. Planowaliśmy obejrzeć Kanion Antylopy i Horse Shoe Band, ale na kempingach prowadzonych przez Navajo oczywiście nie było już żadnych miejsc i wylądowaliśmy w Wahweap Marina. Przedziwne miejsce. Budowa tamy zamieniła rwącą rzekę w spokojne, turkusowe jezioro otoczone gładkimi pomarańczowymi skałami i piaskowcowymi ostańcami. Surrealistyczny krajobraz. Jezioro stanowi teraz miejsce relaksu dla motorowodniaków i wędkarzy. Kiedy się w nim kąpaliśmy na płyciźnie przemknęła koło mnie mniej więcej metrowa ryba! Niezależnie od protestów ekologów i antropologów (na skutek budowy tamy pod wodą znalazły się historyczne piktogramy) muszę przyznać, że z perspektywy turysty to bardzo przyjemne miejsce. Woda ma fantastyczną temperaturę i daje wytchnienie od panującego 45-stopniowego upału. Po relaksie w wodzie zamierzamy wyruszyć na fotograficzne łowy do Kanionu Antylopy.

Zboczyliśmy trochę z trasy, żeby przejechać się historyczną Route 66. Niestety, Orliński miał rację, Route 66 nie istnieje. Wytrzęsło nas niemiłosiernie, z ulgą wróciliśmy na asfalt autostrady.














Wielka tama...

... i jej efekt.

czwartek, 30 czerwca 2016

Campervanem przez (prawie) Dziki Zachód...

Mamy go! Mieliśmy fuksa, bo chyba Apollo wymienił flotę. Zarezerwowaliśmy najtańszego campera z grupy wiekowej 5-10 lat, a dostaliśmy pachnący nowością i super komfortowy dom na kółkach. Oczywiście super komfortowy w naszym rozumieniu, bo patrząc na Amerykanów podróżujących camperami większymi od autobusów, czujemy się jak w normalnym samochodzie. Ale jest naprawdę wygodny. Niestety procedura jego odbioru w ogromnym centrum firmy Apollo pod San Francisco była na tyle długa i żmudna, że w zaplanowaną trasę wyruszyliśmy późnym popołudniem. Mieliśmy zarezerwowany i opłacony nocleg na kempingu w Sequoia National Park, więc byliśmy zdeterminowani, żeby dotrzeć do celu. Kemping w parku narodowym jest dobrem mocno deficytowym. Scentralizowany system umożliwia rezerwację miejsc ze 180-dniowym wyprzedzeniem, więc co bardziej zorganizowani turyści "łapią" miejsca, a takim jak my, idącym na żywioł i planującym wszystko na ostatnią chwilę, nie zostaje zbyt wiele możliwości. Miejsc, które można zarezerwować jest stosunkowo niewiele, a pozostałe są udostępniane w myśl zasady: "kto pierwszy ten lepszy". W praktyce oznacza to tyle, że o 10 rano kempingi są już pełne. Trzeba jednak sporej determinacji, żeby na wakacjach wstawać bladym świtem i ustawiać się w kolejce na kemping. A są tu tacy zapaleńcy, którzy od szóstej rano czekają na rangersów, żeby upolować miejsce. Jest wprawdzie sporo kempingów prywatnych, ale one jednak są gorzej położone i zwykle droższe. Choć z drugiej strony zwykle mają podłączenia dla camperów (wodę, prąd, możliwość zrzucenia ścieków) i łazienki z darmowym prysznicem, a z tym na kempingach w parkach jest gorzej. Tu jest często sama natura, bez zdobyczy cywilizacji (czytaj: nie ma podłączeń, a czasami nie można używać generatorów prądu), łazienki są nie na samych kempingach tylko w Visitors Centers (czyli spacerek do toalety bywa długi), a prysznice są płatne. Kalinka była tak zszokowana prysznicem, do którego trzeba wrzucać pieniążki, że aż go narysowała:). A ze spaniem "na dziko" jest tu nieco trudniej niż w Australii. Czytaliśmy, że podobno można spać na parkingach Walmartów, ale to jakoś mało kusząca perspektywa...

Zatem skoro już mieliśmy to cenne miejsce nie mogliśmy go zmarnować! Wyruszyliśmy na obowiązkowe zakupy w Walmarcie, a potem w długą trasę górską drogą. Następnego dnia, kiedy już shuttle busami zwiedzaliśmy park i miałam okazję zobaczyć w świetle dziennym fragmenty trasy, którą pokonaliśmy w nocy naprawdę cieszyłam się, że jechaliśmy po ciemku, bo w dzień miałabym dziesięć zawałów:).

Jeszcze mała uwaga praktyczna dla wybierających się naszą trasą: nie warto wypożyczać ani dziecięcych fotelików samochodowych (co kosztuje około 40 USD za sztukę), ani śpiworów (co kosztuje około 50 USD), bo w Walmarcie jedno i drugie można kupić za około 10 USD/szt. Ma się dzięki temu nowe i czyste, dużo taniej, a potem można to przekazać innym turystom (jest specjalny kącik na niepotrzebne już rzeczy w wypożyczalni), albo oddać potrzebującym. A tych potrzebujących na ulicach San Francisco widzieliśmy naprawdę dużo. Z jednej strony Dolina Krzemowa i olbrzymie fortuny, a z drugiej ogromna ilość bezdomnych koczujących na ulicach.

Na pierwszy ogień poszedł zatem Sequoia National Park. Obłędny. Przepiękny, pierwotny las, w którym można poczuć się jak krasnoludek. Z ciekawostek: ogromna ilość sekwoi jest nadpalona. Dowiedzieliśmy się, że to tacy leśni masochiści. Otóż sekwoje "lubią" pożary, bo są na tyle silne i mocne, że potrafią je przetrwać, a wyczyszczona z innych intruzów po pożarze gleba daje możliwość wykiełkowania nowym sekwojom.

To nasz pierwszy park, a mamy w planie zwiedzić ich jeszcze kilka. I znowu uwaga praktyczna: warto kupić kartę "America the beautiful". Kosztuje 80 USD i umożliwia wjazd przez rok na teren wszystkich parków narodowych i obszarów rekreacyjnych w Stanach. Można ją kupić przy wjazdach do większości parków, a jej zakup opłaca się już przy planowanych wizytach w trzech parkach.

Ruszamy dalej w drogę przez pustynię Mojave do Grand Canyon National Park. Już się nie mogę doczekać!














Żółtka na Dzikim Zachodzie

Po 18 godzinach podróży dotarliśmy na lotnisko w San Francisco niecierpliwie przebierając nogami w kolejce do odprawy wizowej. Ponieważ zadeklarowałem właśnie na piśmie, że nie wwozimy do Stanów żadnej kontrabandy upewniłem się po raz kolejny, że faktycznie nie mamy żadnych owoców, czy innego jedzenia. Podobnie jak w Australii, czy Nowej Zelandii, Amerykanie w ten sposób chronią swoje ziemie przed  agresywnymi okazami zamorskiej flory. "Mam tylko jabłko" oznajmiła niewinnie Emilka, "mogę je zjeść", zadeklarowała. Niestety, brakowało koszy, żeby pozbyć się ogryzka. Trafił więc do torby.
Kiedy szliśmy po bagaże podniecony piesek przyciągnął do nas strażnika. Trzeba było wyciągnąć ogryzek, a na naszej deklaracji celnej pojawiły się podejrzane bazgroły. Na następnej bramce wyjaśniło się, że zostaliśmy skierowani do bardziej gruntownej kontroli. Upewniłem się po raz kolejny, że tym razem nie mamy już żadnych niespodzianek w bagażu. "Tylko kanapkę, której Laura nie dokończyła", oczywiście z zakazaną wędliną. Ogryzek i kanapka zostały przejęte niczym wąglik i wyrzucone do specjalnego pojemnika. Uśmiechnięty Azjata pokazał na kolorowych wydrukach czego mieć nie możemy. "Fruits?", "Sausages?". Trochę wkurzył mnie tym stereotypem Polaka wiozącego pęta kiełbasy, więc tylko przecząco kręciłem głową przygotowując bagaż do prześwietlenia. Po przejściu przez maszynę torba Emilki została poddana gruntownej kontroli. Na szczęście orzechy i czekoladowe batoniki nie były zakazane...
Puenta całej historii miała miejsce już w hotelu, gdy zadowolona z siebie Emilka wyciągnęła z walizki pęto kabanosów... Co robią tym psom, że wolą zatrzymać się przy ogryzku?

Okazuje się, że przylot wieczorem i natychmiastowe pójście do łóżka robi świetnie na jet laga. Obudziliśmy się wprawdzie wyjątkowo wcześnie, ale wypoczęci i wyspani, z energią na zwiedzanie miasta. Nastawialiśmy się na zgodne z prognozą 18 stopni, tymczasem było bliżej trzydziestu, bluzy spędziły więc całą wycieczkę w plecaku.

Pierwsze wrażenia, to niezwykle wysoko płynące chmury. Zadzierając do góry głowę miało się wrażenie, że niebo jest bardzo daleko. Wrażenie to potęgowały sprawiające wrażenie nieproporcjonalnie wysokich budynki. Wyglądało to tak, jakby pragnąc na siłę nadać im miano drapaczy chmur dobudowywano kolejne kondygnacje w beznadziejnym pragnieniu dosięgnięciu odległych cirrusów. W rezultacie ciągle trzeba zadzierać głowę, a ulice pogrążone są w cieniu. Za to widok z okna hotelu, także obarczonego tą przypadłością, mieliśmy imponujący.
Upał i nieustanne przewyższenia sprawiły, że szybko zgłodnieliśmy i zapragnęliśmy gdzieś usiąść. Trafiliśmy akurat do chińskiej dzielnicy i poczuliśmy się zupełnie jak w Azji. Trudno było uwierzyć, że dalej jesteśmy w USA. Ucieszyliśmy się, bo "mięso z kaczki z ryżem" jest zawsze świetnym wyborem dla naszych dzieci, a hamburgery nie bardzo. Weszliśmy więc do lokalu, który wabił pstrokacizną chińskich znaków i obrazkami kolorowych potraw.
Była godzina mniej więcej 11.00, taka pora ni to na późne śniadanie, ni na wczesny lunch. Spodziewaliśmy się pustki, tymczasem niemały lokal pękał w szwach. Sami Azjaci siedzący przy suto zastawionych stołach i zajadający w najlepsze najróżniejsze potrawy. Nie było żadnego wolnego stolika, zostaliśmy zatem poprowadzeni na piętro, gdzie wszystko wyglądało podobnie, ale daleko w kącie był mały wolny stolik. Przycupnęliśmy tam czekając na kartę. Tymczasem podjechał do nas spory wózek i na stole pojawiły się pierożki. Za chwile zaproponowano nam kolejne. I jeszcze jedne. Zaczęliśmy orientować się, że jak na czekadełka trochę ich za dużo. Próbowaliśmy prosić o kartę i o kaczkę z ryżem, ale okazało się, że nikt nie mówi po angielsku. Uśmiechali się miło i mówili "chicken" pokazując na półmisek dymiących kurzych stopek. W Chinach w takich styuacjach ratowaliśmy się wybierając obrazki z karty, ale tutaj nie mieliśmy takiej możliwości. Poza tym z każdym następnym talerzem pierożków byliśmy coraz mniej głodni. W końcu najedzeni pierogami wyszliśmy z restauracji nie mogąc się nadziwić, że akurat wybierając pierwszą knajpę w Stanach udało nam się znaleźć taką, gdzie nikt nie mówił po angielsku.
Resztę dnia spędziliśmy włócząc się po nadbrzeżu, zwiedzając świetne Eksperymentatorium i nie mogąc się nadziwić jak długie kolejki potrafią ustawić się przed modnymi najwyraźniej restauracjami. A następnego dnia już jechaliśmy po campera...

Zaczęło się od miłego akcentu.

Kultowa księgarnia San Francisco. Pierwsza sprzedawała paperbooki, mekka beatników. Od zewnątrz...

...i od środka. Z żalem wychodziłem, mógłbym tam spędzić długie godziny.


Napis przy placu zabaw. Znak czasów, kiedyś było chyba odwrotnie.

Nadbrzeże. Miejsce targów z okropnie drogą żywnością, drenujących portfel lodów i modnych knajp do których ustawiają się gigantyczne kolejki.


Bardzo warto tam wejść, z dziećmi, czy bez nich (a najlepiej samemu, na cały dzień).


W górę, w górę...



Widok z okna hotelu to główna zaleta tej gigantomanii.

Słynny tramwaj. Na razie oglądaliśmy tylko z zewnątrz dzielnie włażąc na nogach pod stromiznę (Kalinka ciągle dopytuje, czemu wchodzi się "pod" górę, skoro idzie się "nad", co na to odpowiedzieć?).


sobota, 7 lutego 2015

Wszystko dobre, co się dobrze kończy...

Od kilkunastu dni jesteśmy w Polsce i próbujemy się zaklimatyzować. Łatwo nie jest, zważywszy na to, że przez wiele miesięcy było nam bardzo ciepło, a tu jest jak jest...

  Czas na krótkie podsumowanie. Po pierwsze i najważniejsze: cel został osiągnięty. Dziewczynki pokochały podróże. Kiedy powiedzieliśmy im, że wracamy do Polski Laura wybuchnęła płaczem, a Kalinka z niedowierzaniem zapytała: "mamo, ale ty NAPRAWDĘ chcesz wracać?". Po czym sama błyskawicznie wymyśliła rozwiązanie: "mamo, to wrócimy na chwilę, ulepimy bałwana i polecimy dalej". Zatem wróciliśmy. Tylko bałwana jakoś nie udało nam się zrobić, bo śnieg nie chce spaść. Za to pierwsze pytanie, jakie codziennie zadaje Kalinka, tuż po przebudzeniu, brzmi: czy to już dzisiaj lecimy do Ameryki Południowej?:)

  Miłość do podróży miłością, ale pod koniec dziewczynki już trochę tęskniły. Za swoim pokojem, swoimi zabawkami, swoim przedszkolem. Woleliśmy zatem wrócić wcześniej, żeby szybciej zatęskniły za kolejną podróżą. Zresztą, tak jak wspominał wcześniej Marcin, nasz pierwotny plan zakładał powrót przez USA, ale byliśmy trochę krócej w Azji, więc w Stanach było jeszcze trochę za zimno. Trudno, ale za to mamy gotowy plan na następną podróż. Zamierzamy objechać campervanem Stany i dotrzeć na Hawaje. A w najbliższym czasie postaramy się odwiedzić Islandię, żeby porównać ichniejsze geotermy z nowozelandzkimi. Zatem bloga na razie zawieszamy ale mamy nadzieję, że nie na długo.:)

Jakie mieliśmy problemy? W zasadzie większych nie było. Zdrowie na szczęście nas nie opuszczało. Dziewczynki miały raz katar i raz niegroźne, jednodniowe zatrucie żołądkowe. W Polsce w sezonie jesienno-zimowym zwykle chorowały bardziej. Pod tym względem nasza eskpada niewątpliwie się opłaciła.:)
Kraje po których podróżowaliśmy były przyjazne turystom, więc kwestie organizacyjne nie stanowiły większego problemu. Trochę baliśmy się Birmy, ale okazało się, że i tam przemysł turystyczny rozwija się pełną parą.

Co mnie po powrocie zaskoczyło? Po pierwsze reakcje znajomych. Co chwilę spotykamy się ze stwierdzeniem: "oooo, już jesteście? Wydaje się jakbyście wyjechali miesiąc temu.". A nam wydaje się, że byliśmy w podróży bardzo, bardzo długo. Ilość miejsc, obrazów, wrażeń, spotkanych ludzi i przebytych kilometrów sprawia, że te pięć miesięcy rozciągnęło się jak guma. Nie było dwóch takich samych dni, nie było rutyny, nie było nudy. Udało nam się przeżyć wspaniałą, cudowną przygodę, której nigdy nie zapomnimy. I wiemy, że będziemy to powtarzać.

A kolejna rzecz, która mnie zdziwiła, to pierwsze wrażenie z naszego mieszkania. Trochę już zapomniałam jak wygląda. Wszyscy, z którymi rozmawiałam mówili, że po powrocie z długiej podróży ich własne mieszkanie wydawało się im jakieś takie ładniejsze i wygodniejsze, a mnie wydało się zagracone.:) Przyzwyczaiłam się do ascetycznych wnętrz, w których stoją łóżka, szafki nocne i wieszaki na ubrania. A tu dom wypełniony meblami, bibelotami, ubraniami. Rany! Po co nam tyle tego, skoro przez tyle miesięcy wystarczały dwie pary spodni i kilka koszulek. Przynajmniej nie było problemu w co się ubrać.:) (i mówię to ja, zakupoholiczka i kolekcjonerka wszystkiego). Okazało się zresztą, że nie byliśmy przygotowani do zimowego powrotu. Kalina w czasie podróży ze wszystkiego wyrosła, a trudno iść na spacer przy zerowej temperaturze w crocsach i polarze. Trzeba było zatem na gwałt robić zakupy!

Dziewczynki nam w tej podróży nie tylko wyrosły, ale i wydoroślały. Namiętnie dyskutują o różnych odwiedzonych miejscach. Malują obejrzane krajobrazy. Dzisiaj, oglądając "Nelę, małą reporterkę", aż skakały z emocji przekrzykując się nawzajem: "ja też tam byłam! I ja! Ja też karmiłam tego słonia! I ja też chodziłam po takim wiszącym moście!". Mam nadzieję, że te pozytywne emocje zostaną z nimi na bardzo, bardzo długo...

Rangun i Bangkok raz jeszcze

Przylecieliśmy do Rangunu i wzięliśmy taksówkę do hotelu. Tym razem wybraliśmy nocleg w innej części miasta, zobaczyliśmy więc przez okno samochodu trochę nowocześniejszą część miasta. Chyba już pisałem o nietypowej dla reszty kraju specyfice Rangunu, gdzie zakazane są motorki, w rezultacie czego na ulicy pełno jest od samochodów i ciągle tworzą się ogromne korki. Z dużym zaskoczeniem przeczytałem w internecie, że miasto ma ponad 5 milionów mieszkańców, bierze się to stąd, że jest dość rozległe i obejmuje nawet dalekie peryferia. Samo centrum nie jest bardzo duże i często szybciej idzie się na piechotę niż jedzie taksówką. Co ciekawe dozwolone jest tutaj (a zakazane w Mandalay) stosowanie gazu w samochodach, dzięki czemu taksówek jest dużo, są tańsze i łatwo je złapać, bo jeżdżą po mieście w poszukiwaniu klientów. W Mandalay byliśmy początkowo zaskoczeni, że złapanie taksówki nie jest takie łatwe (z kolei powszechnie dostępne są motory pełniące funkcje taksówek).
Po zwiedzeniu urokliwego Baganu wybraliśmy się utartym już szlakiem w drogę powrotną. Polecieliśmy wpierw z powrotem do Rangunu, co wymuszone było warunkami wizowymi (powrót z tego miejsca, gdzie wjechało się do kraju). Jeszcze w Mandalay, z hotelowej ulotki dowiedzieliśmy się o istnieniu linii Golden Airlines (a linii lotniczych mają tam zaskakująco dużo), dzięki czemu bilet kosztował nas połowę tego, co planowaliśmy zapłacić. Strona internetowa linii nie działała najlepiej, musieliśmy więc udać się do ich przedstawicielstwa i kupić bilety osobiście. Dzięki temu obejrzałem wiszące tam na ścianie wizualizacje planowanej (?) rozbudowy Mandalay. Na obrazku wyglądało to imponująco. Nowoczesne miasto, pełne zieleni, w niczym nie przypominało widoku za oknem. Miło jednak pomarzyć, życzę im powodzenia. Do miasta na obrazku chętnie bym wrócił, do obecnego niekoniecznie.
W Rangunie spędziliśmy jedną noc, a następnego dnia czekaliśmy na lot. Planowaliśmy przejść się trochę po okolicy, ale szybko wróciliśmy do hotelu przepędzeni lejącym się z nieba żarem, brakiem sensownego chodnika i, co tu ukrywać, dość paskudną okolicą. Sam hotel niezły, z nadskakującym personelem i, co okazało się ważne, bardzo sprawną klimatyzacją. Dzięki temu przeczekaliśmy dwie godziny w komfortowych warunkach.
Jadąc na lotnisko mogliśmy podziwiać przedstawiane tu i ówdzie wizualizacje planowanych budów i reklamy projektowanych nowoczesnych budynków. Wyglądają dziwacznie na tle powszechnej biedy i bylejakości. Dość powiedzieć, że z zaskoczeniem odczytywaliśmy na wielu rozsypujących się bieda blokach daty budowy wskazujące na to, że budynek ma ledwie 15 lat. Z drugiej strony widać, że miasto powoli zaczyna się rozwijać i chociaż nie planujemy rychłego powrotu do Birmy chętnie odwiedziłbym Rangun za powiedzmy dziesięć lat, żeby zobaczyć co z tych planów zostało wykonane.

Buduje się. Ale nowe bloki szybko tracą blask świeżości.

Widok z hotelowego tarasu.

Tu i ówdzie trafiają się bardziej eleganckie wille...

...jednak dominują takie blokowiska.

Wiele budów powstaje w sposób bardzo tradycyjny, siłą ludzkich rąk.

Tysiące kruków na tle czerwonego nieba wyglądało nieco złowieszczo.

Tak jak powrót do Rangunu nie zmienił mojego postrzegania tego miasta, tak powrót do Bangkoku zmusił mnie do diametralnego zrewidowania wyrobionej podczas poprzedniego pobytu opinii. Tym razem zamieszkaliśmy na luksusowym osiedlu w nowoczesnej części miasta. Eleganckie bloki zawstydziłyby niejeden warszawski apartamentowiec. Mieliśmy tylko jeden dzień w mieście, udaliśmy się więc do sprawdzonych miejsc. Pojechaliśmy do odwiedzonego wcześniej centrum handlowego, bo Emilka wypatrzyła tam ładne dziecięce ubrania. Tam przeżyłem duży szok. Okazało się, że poprzednim razem dotarliśmy tylko do początku handlowego szaleństwa. Ponieważ nadchodziliśmy od strony starej i biednej części miasta uznałem, że w tym, w sumie nie imponującym, sklepie zobaczyliśmy szczyt tutejszego luksusu. O, jak się myliłem. Tym razem przyjechaliśmy nowoczesnym skytrainem od bogatszej strony i straciliśmy masę czasu krążąc po i wzdłuż ogromnych centrów handlowych wypełnionych najdrożyszmi markami szukając tego jednego, gdzie tak smacznie jedliśmy i gdzie planowaliśmy ubrać nasze dziewczynki. Jak łatwo zapomnieć w takim miejscu, że kilka kilometrów dalej ludzie żyją zupełnie inaczej. Gdy już znaleźliśmy "nasze" centrum handlowe okazało się, że też widzieliśmy tylko mały jego wycinek, do tego stopnia mały, że bardzo długo krążyliśmy w jego poszukiwaniu trafiając po drodze do technologiczno-elektronicznego raju.
Elektronika była tania, niestety, ceny ubranek okazały się zaporowe i nie udało się znaleźć żadnej okazji. Wieczorem pojechaliśmy do starej części, żeby jeszcze raz odwiedzić naszą ulubioną restaurację i porzucić jeden z naszych wózków w miejscu, gdzie komuś się przyda. Ta wizyta w restauracji okazała się niewypałem. Pierwszy raz byliśmy wieczorem, ekipa była kompletnie inna niż za poprzednich wizyt, a jedzenie rozczarowało, nawet ukochany przeze mnie arbuzowy chłodnik nie smakował tak, jak poprzednio. Z pewną ulgą wróciliśmy nowoczesną autostradą na ostatnią noc do naszego apartamentu. Cieszę się z tego ostatniego dnia w Bangkoku, bo mam teraz pełniejszą i bardziej chyba sprawiedliwą ocenę tego miasta. Mógłbym tam chętnie nawet trochę pomieszkać, bowiem poza kulinarnymi miasto to okazało się mieć także wiele innych uroków, a brud i rażąca bieda nie są tam jednak wszechobecne.

Tutaj z łatwością pomieściłyby się wszystkie warszawskie centra handlowe i jeszcze zostałoby dużo miejsca.